• header
  • header

Uwaga! To jest archiwalna kopia serwisu OKiS | Przejdź do aktualnej wersji -> www.okis.pl

Literatura

« powrót

Odra 12/2016- Joanna Ugniewska

Dodano: 20.12.2016 13:17

Elena Ferrante to według wielu komentatorów naprawdę włoska pisarka Anita Raja (ur. 1943), autorka osadzonej na Sycylii tetralogii, której głównymi bohaterkami są pisarka Elena Greco i robotnica Lila Cerullo. W Polsce cykl utworów Ferrante opublikowała w latach 2015‒2016 oficyna Sonia Draga. Składają się na niego tomy: Genialna przyjaciółka, Historia nowego nazwiska, Historia ucieczki i Historia zaginionej dziewczynki. Ich tłumaczenia ukazały się w wielu krajach, wszędzie prowokując do dociekań na temat tożsamości autorki. Za przekład polski odpowiadają: Alina Pawłowska-Zampino (t. 1) i Lucyna Rodziewicz-Doktór (t. 2‒4).

 

Joanna Ugniewska

ELENA FERRANTE,

czyli każdy ma takiego Prousta, na jakiego zasługuje

 

Przez długi czas (nie, nie kładłam się wcześnie, jak narrator W poszukiwaniu straconego czasu) myślałam o tetralogii Eleny Ferrante – po coming oucie Anity Raji – zgodnie z formułą pewnego włoskiego pisarza: „Nie czytałam, ale mi się nie podoba”. Wreszcie do lektury ponad dwóch tysięcy stron skłonił mnie wyjątkowo zgodny chór zachwyconych krytyków literackich i publicystów. Na okładce „Książek”, magazynu „Gazety Wyborczej” określa się Ferrante mianem największej współczesnej powieściopisarki, a krytyk Juliusz Kurkiewicz zachęca: Czytajcie Elenę Ferrante, przypisując jej wnikliwość psychologiczną i drastyczne treści. Marcin Meller wyznaje w swoim felietonie w „Newsweeku”, że „połknął” cztery tomy jej powieściowego cyklu. Nawiasem mówiąc, nie jest to komplement, połyka się na ogół literaturę wagonową, nie słyszałam, by ktoś „połknął” Czarodziejską górę, Austerlitza czy Pamiętniki Hadriana. Nawet nobliwa „Twórczość” zamieszcza poważną analizę pisarstwa włoskiej autorki. Piotr Kępiński przywołuje w niej filmy De Siki i Cavalleria rusticana Vergi, osadzoną przecież na dziewiętnastowiecznej sycylijskiej wsi, a więc w skrajnie odmiennym kontekście; utrzymuje też, że dzięki Ferrante Neapol powrócił po latach zapomnienia, chociaż wystarczy przypomnieć wielki międzynarodowy sukces takich pisarzy jak De Luca, Saviano albo filmów Sorrentina i Martone, czy wreszcie fenomenalne role Servilla, by uświadomić sobie, że jest wprost przeciwnie i że dawno już Neapol nie miał tak wielu wybitnych twórców.

Co się mogło stać, zastanawiałam się, brnąc przez kolejne tomy z uporem godnym lepszej sprawy. Zadziałał z pewnością sukces amerykański, ale czy możliwe jest, by wszyscy ci wnikliwi krytycy nie zauważyli rozpaczliwie płaskiego stylu, naiwnej deklaratywności politycznej, sytuacji jak z harlequina (niespodziewane spotkania skierowujące akcję na nowe tory), papierowych postaci (konia z rzędem temu, kto odróżni Marisę od Giglioli, Adę od Pinucci itd.), obiegowego, stereotypowego obrazu Neapolu. Nie zauważyli też najwyraźniej straszliwej masakry, jakiej dokonały tłumaczki, ale o tym później.

Historię dwóch przyjaciółek, dorastających w biednej dzielnicy Neapolu, spisuje jedna z nich, przyszła pisarka, postać ewidentnie autobiograficzna. Jest najlepszą uczennicą w szkole, zdolną studentką w Pizie, wziętą powieściopisarką; wysławiałam się pięknym językiem włoskim, mówi skromnie o sobie. Powrót do Neapolu sprawia wprawdzie, że całe [jej] jestestwo doznało uwstecznienia (!), lecz staje się zarazem inspiracją dla kolejnych dzieł. O ich powstawaniu rozpisuje się Ferrante na dziesiątkach stron i nietrudno się domyśleć, że będą to jedynie pochwały i świadectwa samozadowolenia. Sama narratorka tak pisze o swojej twórczości: We wszystkich powieściach jest coś, co mnie porusza, jakieś nagie i bijące serce. Ale nie tylko o siłę uczuć i „nagie serce” jej chodzi, ważny jest też język (wkrótce się przekonamy, jak będzie brzmiał): ma być nowatorski, chaotyczny (?), więc wcale się nie ograniczałam, przyznaje z rozbrajającą szczerością. Także tematyka nie sprowadza się do perypetii sercowych obu przyjaciółek, powieść pełna jest robotników, panów [chyba raczej przedsiębiorców, właścicieli fabryk, nawet w Neapolu feudalizm jednak już minął], walk, krwi, kamorystów i lichwiarzy.

Samouwielbienie rośnie wraz z kolejnymi powieściami. Włochy, jak to ujmuje narratorka, zalewa wręcz fala popularności jej prozy, ta zaś jest zarazem męska i subtelna, wyróżnia się brutalnym realizmem i barokową wyobraźnią, wykracza – rzekomo – poza zwyczajowy sposób mówienia o Neapolu i cechuje ją niewyobrażalny jak na Włochy styl. To akurat, trzeba przyznać, prawda.

Neapol w powieściowym cyklu oznacza dialekt – nie wiedzieć czemu nazywany w pierwszym tomie gwarą – a także brudne klatki i ulice, przemoc i nieustanne bójki, krzyki, obelgi, kłótnie, wybuchy agresji i furii, jak również kamorrę i korupcję. Wszystko to opisał o wiele lepiej Saviano w swojej słynnej książce Gomorra, a neapolitański folklor sugestywnie pokazał De Luca w znanej w Polsce powieści Montedidio.

W intencji Ferrante natomiast Neapol jest tylko soczewką, przez którą widać całe Włochy, czy wręcz cały świat niczym Sycylię u Sciascii. Niestety deklaratywność i styl czynią tę diagnozę niezamierzenie komiczną: Neapol krył w trzewiach furię (…) która wywołuje na powierzchni owrzodzenie cieknące jadem przeciwko wszystkim. W powieści najlepiej pojmuje istotę Neapolu Lila, druga przyjaciółka, która ukończyła wprawdzie tylko pięć klas szkoły podstawowej, ale to ona stanowi prawdziwe centrum książki. Zdeterminowana i energiczna, buntownicza i fascynująca, bezwzględna i agresywna wywiera nieprzeparty urok na spokojniejszą narratorkę. Fascynacja fascynacją, jest jednak raczej nieprawdopodobne, by tego typu bohaterka czytała Wojnę i pokój, Ulissesa, Eneidę i rozprawy polityczne, sama nauczyła się łaciny i greki. To ona również jakoby reprezentuje w książce najbardziej dojrzałą świadomość polityczną.

Ponadpółwieczna historia Włoch – powojenna odbudowa, cud gospodarczy, rok 1968, terroryzm, rządy socjalistów, korupcja prowadząca do upadku starego systemu partyjnego – wymagałaby jakiegoś nadzwyczajnego epickiego talentu, którego Ferrante na pewno nie posiada. Zamiast tego serwuje nam agitki, które z wielkim trudem dałoby się nazwać politycznymi. Lila ma do każdej sytuacji klucz: doświadczenie biedy i przemocy, ale napisać, że dążyła do otrzymania ogólnej wizji rzeczywistości bez dziur [chyba luk! – przyp. J.U.] i niedomówień, to jednak mocna rzecz, niemal heglowska synteza. Podobnie narratorka, pozbawiona wszelkiego dystansu, nie mówiąc już o autoironii, cytuje swoje wystąpienia, w czasie których mówi o socjalizmie, neokapitalizmie, wojnie, biedzie i o czym tam jeszcze. Kurkiewicz twierdzi wręcz, że Ferrante opisuje wiek XX z dystansem, z jakim Tołstoj przedstawiał epokę napoleońską, ale doprawdy jakichkolwiek podobieństw dopatrzeć się nie sposób i nawet najbardziej zachwycony krytyk nie powinien kpić z czytelnika w żywe oczy. I pomyśleć, że to ten sam, który pisał niegdyś tak fantastyczne recenzje książek Magrisa, jeszcze na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Jest też naturalnie miłosna historia – obiekt uczuć obu bohaterek stanowi ten sam mężczyzna, najpierw zbuntowany i fascynujący bohater fatalny, później otyły i cyniczny deputowany. Ponadto jest też autotematyzm, czytamy przecież powieści napisane przez narratorkę, i jest rola pamięci, ale nie upoważnia to od razu do przywoływania Prousta (również w odniesieniu do Knausgårda), bo nie każdy wielotomowy cykl oparty na wspomnieniach można uznać automatycznie za W poszukiwaniu straconego czasu. Coś się ostatnio tych nowych Proustów namnożyło, chyba w miarę, jak on sam jest coraz mniej czytany. (Nie dałoby się tego streścić, skrócić, / albo najlepiej pokazać w obrazkach?, pytała niegdyś Szymborska.)

I na koniec rzecz najważniejsza, najbardziej szokująca: styl, język, jakim napisana jest tetralogia. Często można się domyślać, że zawiniły tłumaczki, ale nawet najlepszy przekład nie uratowałby tego dzieła. Najchętniej cytowałabym bez umiaru, bo jak twierdził słusznie Umberto Eco, w podręcznikach psychiatrii i tekstach o tłumaczeniach ciekawe są tylko przykłady. Wystrzegam się wprawdzie pisania o cudzych przekładach, bo wszyscy mamy na sumieniu mniejsze lub większe błędy, lecz tym razem doszło do czegoś naprawdę wyjątkowego. A zatem: Zwiotczał także obraz Nina, który dopiero co opuścił salę jak archanioł bez zwiastowania; Mamy zbyt wiele w środku i to nas rozpycha i rozrywa, karczemna pomyłka; Zaoferował się jako żywa materia, a ona pomogła mu zakiełkować itd., itp. Na deser zdanie absolutnie niezrównane, co wrażliwsi czytelnicy niech zasłonią sobie oczy: Z trudem trzymał w kupie swoje męstwo. Czy to możliwe, że nikt z zachwyconych krytyków tego nie zauważył, czy czytał zbyt szybko?

Są jeszcze zdania uderzające swoją banalnością, przy których bledną sentencje Coelho, typu sercu nie można rozkazywać. Są przekomiczne – mimowolnie – sceny seksu, w stylu: Zachowuje się jak zwierzę, które ocieka potem i wszystkimi wydzielinami i zostawia za plecami, jako pozostałość po przelotnej rozkoszy, żywą materię. No cóż, to chyba nie łamanie tabu, lecz niewiarygodna grafomania. Cytowany na początku Piotr Kępiński twierdzi, że Ferrante wywiązała się ze swojego zadania koncertowo, a mnie wydaje się, że słyszymy raczej kocią muzykę.

Joanna Ugniewska