• header
  • header

Uwaga! To jest archiwalna kopia serwisu OKiS | Przejdź do aktualnej wersji -> www.okis.pl

Literatura

« powrót

Odra 9/ 2016 - Anna Augustyniak

Dodano: 08.09.2016 13:47

Anna Augustyniak

KELNERKA Z MIAMI

– Numer telefonu wypisany na przedramieniu, no no… – zaśmiał się mężczyzna i spojrzał wyzywająco Lili w oczy. – Wiesz, w restauracji takiej klasy... – zawiesił głos. Chciała odwrócić się i iść przed siebie, iść i nie słyszeć jego głosu, niczego nie słyszeć, lecz jedynie uśmiechnęła się smutno. Podała mu kartę dań. Długo milczał, zaczęła recytować: dziś polecamy zupę rybną halászé w gorącym kociołku i libamáj, zechce pan… – Przerwał jej. – Limbáj, a wątróbki drobiowe czy gęsie? – Gęsie! Ze świeżym majerankiem, pianą ubitą z mleka z lecytyną, podlane odrobiną eszencii. – Odrobiną? – Ten tokaj… jest słodszy od miodu i najdroższy na…– żachnęła się, ale szybko przywołała na twarz uprzejmy półuśmiech. Kiwnął głową, zaciągając się papierosem.

Znów dała się zaskoczyć. Ile razy obiecywała sobie, że zachowa kamienny spokój. Ile razy słyszała: „Prowokujesz i drażnisz klientów”. Szef kiedyś zrugał ją, krzycząc, że u niego w „The Famous” jadają najzamożniejsi American Jews, Hungarian Jews, a ona przeszłość ma zostawić przeszłości. Niech nosi bluzki z długim rękawem.

Tej nocy płakała. W białym, parterowym domu, jakich setki na słonecznych ulicach Miami, słychać było szloch.

Pszt, kislány, egy pisszenést se![1], ktoś szepnął po węgiersku, kiedy zasyczała przez zaciśnięte zęby. – Csíp...[2] – urwała, zrozumiawszy ostrzeżenie. Poczuła mocne uderzenie metalowym stemplem. Ze stempla wystawały kilkumilimetrowe igły. Od razu rozorały jej skórę. Bolało coraz bardziej. Paliło już całe ramię. Miała nie patrzeć. Jednak patrzyła. Na ręce pojawił się wyraźny napis A-10862. Gorąco, gorąco ze wstydu od tego, co z nią robią. Nie zdarzyło się, żeby ktokolwiek widział Lili rozebraną. Gdy zaczęła miesiączkować, zeszły się ciotki i kuzynki, i mówiły: „Twoje dzieciństwo się skończyło, dorosłaś i jesteś jedną z nas, masz chronić swoją nagość do dnia ślubu”. A teraz wszystkie wokół niej są nagie. Stare, młode, tłuste i przeraźliwie chude. Nie zna żadnej, choć są ich dziesiątki. Lecz nawet w tej masie wydają się bezbronne. Tak bardzo je upokorzono. Lili zastanawaia się, czy będą stawiały opór, czy któraś z tych obnażonych kobiet będzie stawiała opór? Kolej na nią. Mężczyźni kładą ją na dwóch rozstawionych stołkach i golą na całym ciele zardzewiałą, poszczerbioną brzytwą, najpierw pod pachami, potem na wzgórku łonowym i w pachwinach. Strugi krwi płyną po skórze w różnych kierunkach. Maszynką golą jej głowę. Zupełnie do zera. Czy też ma małą, ptasią główkę jak ta tutaj i tamta, i tamta też, i ta tu, ktoś ją popchnął i leży naga na stosie z włosów, czarnych, siwych, całkiem jasnych i takich mysich.

Dopiero później zobaczyła się na zdjęciu. Lili z ogoloną głową. Łysa Lili w pierwszym rzędzie, czwarta od lewej, w czarnoszarej sukience, w tej, co w niej przyjechała, ale już bez złotych kolczyków. Wysoka, szczupła, o kształtnych łydkach i malutkich, rozkwitających piersiach. Stoi z opuszczonymi ramionami. Na fotografii w albumie, który znalazła, a może to opatrzność zesłała, ma osiemnaście lat.

Max Zelmanovic wrócił do domu. Pewnego dnia spostrzegł Lili Jacob. Szła w stronę stacji. W sklepie powiedzieli mu, że ona tam ciągle chodzi i godzinami czeka, aż przyjedzie pociąg. Raz poszedł za nią. – Oni nie wrócą – wyszeptał. – Czemu tak mówisz? – zdziwiła się niczym dziecko. – Moi też nie wrócą. Ani matka, ani żona… Popatrzyła chłodno i hardo zabrzmiało to, co wycedziła: – Ja wróciłam. I oni wrócą. – Lili! – wrzasnął nagle, jakby nie stała obok, a gdzieś bardzo daleko i musiał ją przywołać do porządku. – Wiesz, co z nimi zrobili? Spalili ich w piecach albo dołach… – Nie chcę tego słuchać – krzyknęła. – Odejdź, odejdź ‒ i zaczęła tańczyć. Wpadła w trans, obracała i się i obracała dokoła własnej osi, a jej spódnica unosiła się i unosiła falami, i miał wrażenie, że sama Lili zaraz wzniesie się i uleci do nieba, taka wiotka była w tym wirowaniu.
Niedługo później znów ją widział. Szła w stronę stacji. I następnego dnia też ją widział. Kilkanaście osób z okolicznych wsi wróciło, ale nie z ich Bilke. W końcu zaczął za nią chodzić i razem czekali na pociag, i gdy jak zwykle nikt nie wysiadł, powiedział do niej łagodnie: – Może wrócą. A wtedy ona powiedziała: – Chodź do mnie, coś ci pokażę.
Po drodze przypominał sobie ostatnie święto Szawuot. Przy dużym stole z ciemnego dębu jedli z ojcem Lili rożki nadziewane serem, ciesząc się, że żniwa zapowiadają się dobrze. Martin siedział u szczytu stołu pod oknem. Max pamięta to doskonale, bo ilekroć spojrzał na niego, natychmiast leciały mu łzy po policzkach. Wszyscy się zaśmiewali, a to przez słońce. Tamtej wiosny słońce wyjątkowo mocno raziło go w oczy. Stanął na progu osłupiały, nie ma żadnych mebli, tylko posłanie na gołej podłodze. – Wszystko rozkradli – oznajmiła spokojnym głosem Lili. – Siadaj.



[1] Sza, młoda dziewczyno, bądź cicho!

[2] Szczypie...