Wiersze z pocztówek
Odra 2/2013 – Wiersze wybrane w lutym 2013
Dodano: 07.02.2013 12:52Kacper Płusa, Mateusz Grzeszczuk
Kacper Płusa
pokój z widokiem na wojnę
moje kości nocą bawiły się w blitzkrieg. przed powiekami wydłużał się
pejzaż obły jak łuska. ślepa ulica była kolbą. ktoś włożył ją w usta futryn.
kończyła się czerwonym punktem papierosa, który parzył w przełyk.
wokół rozbrzmiewał mój kaszel chroniczny jak seria.
deszcz imitował śrut. próbował przemycać do wewnątrz zimny front,
kontrast do zamkniętych układów organizmu. naprzeciw okna
książkom czerwieniał naskórek. ścierał się od śladów zaciśniętych palców
(palców, które obejmowały go jak cyngiel).
polska b
był sad. rozrósł się jak apokryf, poza marginesem. księga to tynki gospodarstw.
więc szósta rano. pociąg z miasta a do miasta b nie jechał.
zostałem sam przed budynkiem stacji. zostałem sam choć pociągi nie odchodzą.
na spleśniałej kiści peronów czas wlókł się jak zwierzę
umaszczony plamami cerkwi, chat, dzieci o czerwono - czereśniowych twarzach.
przy przetartej drodze żużel przypominał szlaczek w zeszycie. pamiętał przeprawy
po marcowych błotach (ich daremność). koleiny układały się w szereg
pnie drzew też. nic nie krwawi jak blizny zadawane skalpelem bieżnika.
krajobraz ze środkiem w metalowym szyldzie. dla niego odjazd to powróz.
zrywanie jabłek z jabłonią.
wścieklizna
,,czy ten pan, który je stworzył, dotykał ich ciał?”
b. konstrat
ma bezdrożach pociąg jest bezwładny. szyny pod nim traktuję jak żyły.
ponad lasem unosi się mgła. gęstnieje. udaje mydliny.
zza szyb można zobaczyć rzeki szare jak pęcherze tłuszczu.
sarny skrócone przez pęd przykurczają sylwetki, by zmieścić się na ścieżce.
blisko czają się lisy, pasażerowie z pierwszej klasy. mają miękkie futra, są wściekłe
toczą pianę. patrzę w ich brunatne oczy, brudny odpływ.
przypominam sobie kąpiele, gdy w wannie pełnej i ciepłej jak ciało poczynamy myśli.
jesteśmy podobni do zwierząt jak dwie krople śliny,
słabi podajemy sobie niczym hasło dłonie, racice lub łapy.
me – dial – log
przestajesz istnieć w dniu, w którym gazety wypalą ci numery stron
na skroniach. jabłko adama zostawisz na rogu ulicy. odniosą je
do demokracji, do literatury w szpaltach, bez rozgłosu. w miejscu przeznaczonym
na martwą rybę zwyczajem camorry. tlen jest zagrożeniem, zaklinaniem w krtani.
nie drży, nie dudni głos wołającego w szklane dno butelki :nie pręż mięśni, nie porzucaj
ziemi. na klatkach schodowych duszą się nie twoje dzieci.
detox poetica
nawierzchnia wstrząsa autem. męczy je rezonans chroniczny jak nałóg.
linie przerywane zlewają się w igłę. przebudzony silnik wprawia w drgania szyby. mechanicznie mruczy wyliczankę: kompas, komponent, kontrolka.
kto jedzie za mną niech chwyta przyczepność.
znaki zabraniają nawrotu. możliwa jest utrata panowania nad retoryką, nad dykcją.
miejsca tarcia jaśnieją od iskier. metale stają się lekkie jak pióra. wnętrze oka nasiąka zapachem white spirit. obraca się zębatka. przede mną rozkładają się pointy wysypisk uciekam z nich do liter, drogowskazów i rozdzielczych tablic.
innym razem pogoda ducha w kratkę jak kartka. mam podwyższoną temperaturę ciała.
ciepłe mięso schnie na przęsłach żeber niczym tusz albo smar. żre mnie rdza. rośnie broda szorstka jak kora. nocami pozostaje picie wody z kranu. jestem kornikiem.
i chcę się zestarzeć drążąc w próchnie. ginąć z głodu wpatrzony w dno słoja.
mężczyzna, który przy starych kapliczkach próbuje posklejać confetti - to ja.
podtrzymuje się rękoma oparty na stelażach białych ścian jak na sztalugach – na obraz.
fermentacja
wyobraziłem sobie, że twoja twarz ma kształt jabłka jak grzech
i dojrzewa we mnie pod powierzchnią
skóry. obudziłem się. dotknąłem świeżego zarostu.
policzek i metal nad umywalką były nauką odchodzenia
w tworzywo. krew gęsta jak moszcz to ślad
kontaktu z ostrzem, spływa, kropla po kropli, barwi wodę.
nad rozlanym winem lepsze niż płacz jest milczenie.
chodzi przecież jedynie
o wyrabianie smaku, zgodę na gorycz.
z cyklu cztery pory roku – jesień
zatrzymałem się w hotelu, w którym jedynie pęk kluczy jest na każdą kieszeń.
obserwuję rzeczy martwe: naturę i czujniki ruchu. po pragnieniu podróży pozostało pierze posag ptaków. obietnica miękkiego lądowania wytarta jak banknot, dywan, który tłumi kroki.
rozkładam kwiaty w intymnych miejscach, na stole lub łóżku. to jak telewizyjne transmisje
momenty wycięte podczas montażu: debaty pustych krzeseł, przegląd znaków wodnych.
zawijam bukiet w bibułkę jak tytoń by móc dotykać bezgłośnie szczątków, próchna
odzwyczajać się od kobiet, po których wszystkie miasta są kartaginą, pachną spaloną ziemią.
wiersz z cyklu: cztery pory roku - zima
zima rozrasta się pozbawiona krawędzi i konturów jak śnieg i dzieci.
noce są zbyt długie by je przespać. zaciemniają obraz. ja, obserwator,
używam białego boga jak soczewki, wycinka.
ile trzeba przejść by go wyolbrzymić do rozmiarów kuli? ile rozmów toczyć?
czy zmartwychwstanie to ten moment, gdy po roztopach zacierają się ślady na polach
a podeszwy ociekają wodą?
istnieją też płaskie powierzchnie, czas, który nie zdążył ich jeszcze zakrzywić.
lód przebity łyżwą ukazuje rysę podłużną jak wskazówka.
na śliskie tematy muszę znaleźć antidotum: sól w ranach, piasek w oczach.
Mateusz Grzeszczuk
Memories
Powracam i dopiero teraz dostrzegam, jak rzadkie masz imię,
powtarzam je sobie, p o w t a r z a m j e, p o w t a r z a m t w o j e i m i ę.
Siedzę na płótnie Bacona, literuję i nadal nie znalazłem miejsca
na histerię, żywe kawałki mięsa, słyszysz, jak przegniłym głosem
wykluwam usta, rozpadam się moja słodka, moja słodka H.
To będzie powrót bliskiego i nikt nas tu nie pozna.
Byliśmy tylko jak szkic do portretu, byliśmy puste na kształt
świeżego powietrza. Ty jesteś na kształt baniek mydlanych,
a ja tylko jestem. Bez porządku, bez umiaru i bez kształtu.
Tytuł powiela tekst
Naprawdę staram się być dobrym memem,
stoję przy autostradzie, patrzę na nią i mówię:
to jest właśnie ta droga, przy niej apteki
pijalnie gotowe na cug, cudze papierosy
nie pozwoliły mi pobiec dalej,
nie chciały, bym patrzył na obcych ludzi.
Ta jedyna droga, nie pozwoliła mi przestawić
czasu, wysypać soli w progu, drzwi
zamazać kredą, szeptać: wrócę tu jutro,
wrócę, choć jestem bosy, wrócę i ty będziesz
cieszyć się z moich maszyn.
Nie pozwoliły mi pobiec dalej, a każdy wiersz
miał przeraźliwy cień, a tu każda latarnia
miała prawo, by zgasnąć, każdy znak, by zamilknąć.
I cicho tu tak cicho.
Pamięci Comte de Lautréamont'a
powiedział: musicie myśleć za nas,
macie nasze kości i wszystkich romantyków
naszej epoki, wojny Storm of Steel.
wyzwólcie gruzy, później czas wejść do miasta,
modlitwa to pamięć, a litania to jedna ze stacji,
widzimy się na dworcu, brakuje tam tylko torów,
ale każdy ubytek drogi ma coś z misterium,
ma coś z przemijania.
d’Arthez
Wieczorami wspominam przyjaciół z dzieciństwa,
ale to dziś trzymam w rękach de Rubempre.
Dotykam go i próbuje zrozumieć,
ubóstwo po ubóstwie, prowincję po prowincji.
Przez kalkę, która ciągle stygnie
i już nie rozróżnia ciała i krwi.
Rohypnol, pełna popielniczka, słodkie miny
-nie pamiętam bym zrozumiał więcej,
a wystarczyłoby znieczulić jeden bosy punkt,
kiedy i ja byłem milczący i nagi.
Po godzinach trzymam Cię w rękach,
nadal nikt nie zgłasza się po ciało.
Wiersz dla Audrey Hepburn
Pozostało nam zdobywać place i piwnice,
ale mamy też swoją małą ławkę niedaleko Marie Rambert.
tylko wieczorami świecimy latarką po dachach,
patrzymy na niebo nucąc basem Oh My Moon River.
Do furtki dobiegamy jak psy, nadsłuchujemy
warkotu silników, węszymy nosem "L'Interdit".
W kieszeniach 36 centów, a to za mało
żeby kupić znaczek i wysłać pocztówkę.
W szufladach pochowane scenariusze, czytamy
je tylko wieczorem, przy otwartym oknie
hodowane tulipany, odgrywamy dialogi
bez obsady, puszczamy latawce.
ółka
zbyt często kończymy się na URWA i to niebezpiecznie
jak zastępujemy się słowami
zaczynamy bać się imion i cieni słyszanych
niedawno umarł poeta i już ścielę łóżko
zdzieram kod kreskowy na twoich oczach cyfry
to tylko ludzie a ja przecież tak kocham litery
nawet te nasze ostatnie
Mapowanie wody
możesz odetchnąć- nie mówimy o ciele
rozpaliłem morza z fabrycznej czaszki:
alaila, kyme, tragia. tylko serca odium
pozwoli swobodnie zamknąć nam oczy.
przy wejściu do portu, dwie tablice.
odciski zębów pramaterii, obraz
Ymir i krople topniejących się lodowców.
my przed wyborem, wiersz na własnej skórze
wchodzimy do Oksyrynchos, badamy pamięć
wody mamy już po kolana
trzy dni wylizujemy ciało z lodu,
-teraz wystarczy się pochylić.
m.
wstyd to jest drugi dzień Fauna. dzień drugi nadziei
że przecież nas ludzi będzie coraz więcej. i to jest
fałsz, że potrzeba było Bogu stu czterdziestu czterech
godzin. bo ja już przelewam się w rękach.
a tu dopiero pojawia się tabliczka 'have'
Stella
bezludne liście, rozbitkowie matki
z szansą zrodzenia świata,
poza rejestrami Crane i Plath.
upadek, wykładanie rąk, białych chodników Bodie
niczym straże bram Delemar. niewinne prześcieradła
zapomnianych miast pod płaskim dachem, kadr
spadających, wpisanych już w brązowe planty.



