Wiersze z pocztówek
Odra 2/2015 -wiersze wybrane w lutym
Dodano: 12.02.2015 13:11Nina Manel, Anna Sieńska
Nina Manel
WASABI
Rozkwitła gorączka jak owad tropiczny
i płoną enzymy jak noc świętojańska.
Marzec mam za oknem, w głowie wyspę Rodos
zanurzę w chłodniku, lecz i tak usmażę.
Pisałam egzamin na ślicznym kampusie.
O głowie, języku, sercu, oraz oku.
Pisałam egzamin z wyższej genetyki.
Polarne godziny wiążą dzień-polimer,
układam się pod oknem, kotka zeszła z dachu,
blacha wrze jak białko, ścięła tę odpowiedź.
Zamiast włosów strzyżone na krótko neuryty.
Zostały mi wyspy, nie w głowie, lecz wewnątrz,
zostały mi czujne Wyspy Langerhansa.
CZERWONE I CZARNE
Odwrócony as trefl oznacza śmierć w rodzinie,
oznacza stan czuwania. Mówisz: woda
dookoła wieży nie dopuści wrogów.
Mówię: woda dookoła wieży
nie dopuści życia - chociaż ryba pływa,
daleko ma do trwania, kiedy wnet zakąszę.
Najbardziej lubię czytać, szukać słów
jak ekwi-poten-cjalność. Najbardziej lubię giętkie
racjo-nali-zacje. Podnoszę się i patrzę:
napuchnięta woda, śnięte ryby na dnie.
Schylić się - podnieść wszelkie
stany alarmowe.
Odwrócony as trefl oznacza śmierć w rodzinie.
ADRIANA
A.B.L-H.
Ale jesteś chuda, mówi Adriana,
jesteśmy w wielkim pokoju. Ale jesteś
chuda,
krucha jak cukier-puder, rozsypiesz się w palcach,
jesteśmy w wielkim pokoju. Zmieścisz się tysiąc,
tysiąc razy Ty, w okruchach. Adriana ma niebieskie
tęczówki,
na drugie imię ma Biała. Jesteśmy w wielkim pokoju,
na ścianie Kate Moss, będąc po paru drinkach,
powiedziała: NOWE PIĘKNO
TO CHUDE PIĘKNO. Niebieskie tęczówki,
ale czarne oczy, ma na imię Biała.
To miejsce jest świątynią drobin,
jest świątynią atomu. Ona prosi:
mów do mnie, chcę być Biała.
Coś ciemnego wychodzi jej ze środka,
może tęczówka spod soczewki; wściekłe
niby diabeł, ostateczne: ale jesteś chuda.
Mówię do niej, jak mogę, mówię do niej - Adriana.
ORDNUNG MUSS SEIN, MYŚLI ZIMNO LOLA KITTINGER
Lola Kittinger jest postacią autystyczną,
opartą twardo na faktach. Kontakty wzrokowe
nie są tak istotne jak e-mailowe. Okrągłe zdania,
samogłoski w koronkach, spółgłoski w jedwabiach.
Wystukuje długie jak Makaron Lubelski komentarze
na temat wierszy i zdarzeń w świecie literackim.
Nikt tego nie czyta, bo są dziwne, albo czyta
i myśli "idiotka". Lola ma masę przyjaciół
z portalu fryzjerpolski.pl, ogląda foteczki,
omijając twarze. Jako beznamiętny embrionik,
ssała każdy palec dokładnie dziewięć minut,
czterdzieści dziewięć sekund, żeby wszystko
było w porządku, najlepiej alfabetycznym.
Później zabawki układała we wstęgę Mobiusa.
Lola Kittinger widzi ludzi bez oczu i ust.
Nawet fajnie wyglądają. Interesujące są
podbródki. Opowiada o nich godzinami,
tak samo o chemii organicznej i haftowaniu
jeleni na rykowisku. Wyrównuje reakcje,
miny mnoży razy dwa albo nie robi wcale.
Lola Kittinger
jest nie do zdarcia. Suczysko. Trwa w stagnacji,
porównywalnie do Ściany Płaczu, joginów,
korków na Marynarskiej i ludzi przyłapanych
na oglądaniu "Ukrytej Prawdy". Chyba, że przypadkiem
zrobi coś nieparzystą ilość razy.
Anna Sieńska
w młodości czytał Baudleaire’a
i chodził raczej po ścianach niż po ziemi
bo tak mu podpowiadała dusza
z czasem jednak znormalniał
spotkałam go już jako dojrzałego niczym się
nie wyróżniał z tłumu
kupił mieszkanie na kredyt i związał się nawet
z dziewczyną, wspomnienia z chłopcami przemilczał zażenowany
i nad francuską zupą pochylony zwierzył mi się
że nauka i literatura do cna już mu zbrzydły
od dawna nie miał książki w ręku
schował się w kokonie bezpiecznej nicości
i przepadł
(chyba nie sądził, że z uwagi
na dawne jego stany oddzwonię kiedyś)
wyjmuję z kłębów ostu jakieś cieplejsze obrazy, ty mnie śledzisz
z ukrycia proszę mówmy tylko prawdę
nie bałamuć i nie przeginaj
pożyw się mną w spokoju i w ciszy możliwie wówczas zaszłej
pospuszczaj zasłony
i spiesz się, nie zostawiaj mnie zbyt długo w lustrze w przedpokoju
na okoliczność spuszczenia oczu w których mieszka demon
który chce przenieść mnie raczej w krajobraz wewnętrzny
owady i ptaki
żyły pełną parą
nie namyślając się zbytnio nad niczym
za rogiem czaiła się konkluzja
że to samo z nami, gdyby się przyłożyć
choćbym przesiedziała cały dzień w bezruchu
serce tłucze po swojemu, sprężyna działa
myśli walą jak szalone gnają gdzieś beze mnie
pomimo chmur
życie żyło swoim życiem
żyło pomimo nędzy, głupoty i zła
mordercze perpetuum mobile gnało
wszelka szarpanina, myszko, zaciska tylko mocniej
rzemień na twej rozedrganej szyjce
skup się lepiej na tu i teraz
jest przezroczyste wymyślone uszyte na twoją miarę
skup się na tym
dożyj spokojnie do śmierci
życie bez boga
okazuje się być od dawna urządzone
od dawna czekające na mnie
moi przyjaciele witają mnie jak świeżo wyszłą z odwyku
nikt mnie już nie podgląda
nie ocenia nie wystawia się
do porównywania
już nigdzie nie mam daleko
to był tylko zły sen
mogę sobie być sobą a czas mego życia
nie jest wcale tak krótki skoro nie ma wieczności
chodzę bardziej wyprostowana
ulicami bliższego mi teraz miasta
wśród braci bogów (i demonów
rzecz jasna) sięgam w kioskach
po te same co oni gazety
diabełki po drodze – wytwory wyobraźni – są słodkie
w trakcie pisania dzieci w somaliach padają jak muchy
jedno po drugim, padają też
starcy owady i ptaki ogrom cierpienia próżnia nawet nie czknie
Schyla się, w trawie szkielet ryby.
Wyciąga aparat, fotografuje ją w dwóch pozycjach. Na filmie będzie ruszać ogonem.
Jego włosy muska rozgrzane do nieprzytomności słońce, ale one zachowują trzeźwy chłód.
Penetrujemy chaszcze idąc w kierunku odległego pomostu.
Idziemy drewnianymi kładkami, mijamy wieloryba w ciąży, który leży rozwalony na deskach w asyście chudego patyczaka w okularach płci męskiej.
Kładziemy się nieopodal.
Głowa na deskach, pośladki, łopatki i stopy.
Zawieszamy w powietrzu ręce.
Nasze palce obok siebie. Nasze palce opadają, kładą się wzdłuż ciał, blisko siebie.
Można by się dotknąć, nie jesteśmy już dziećmi, choć wyglądamy z daleka jak dzieci.
Jednak byłoby to zbyt proste.
Zamiast dotyków oddechy.
Wyciąga rękę z aparatem, długo fotografuje niebo, potem przekręca obiektyw i mierzy nasze twarze.
Pstryk.
Bezdotykowo.
Minimalistycznie.
Jesteśmy ostrożni, nie chcemy przedobrzyć.
Nie nadużywamy głupiej nonszalancji, jaką daje nam wolność i bezpruderyjność dorosłości.
Nie jesteśmy tacy głupi.
W tej chwili słońce jest dopiero w zenicie.
Ptaki mogłyby odlecieć dalej
Ich ćwierk wiekuisty, nieskończony
Przeciągnięta gama w poprzek mego życia
Łącząca w swym śpiewie dawny czas i dzisiejszy
Który jest równie srogi, a ja jeszcze słabsza
Wszystko co złe, śpiewają, wypływa tylko z ciebie
Niesione przez błękit nieskalanego nieba
Nasze mięśnie falują są wolne od rozterek
Zbuntowana przeciw naturze popadłaś w kulturę
Następnie w niebyt – my śpiewamy
Śpiewamy zawsze to samo, to jest to samo co
Słyszałaś kiedy zaczynałaś lecieć głową w dół
To był początek życia.
skorpion zdobi dach na którym leżę i ja
gnijąca bryłka mięcha zgrabnie związana bikini
szynka oliwna skąpana w znoju bezczynnego dnia
mojemu synkowi
leżałam w szpitalu
w okresie kwitnienia
leżałam jak deska
coś tam się ze mną działo
jednak najważniejsze działo się za oknem
i pod nim
nowe życie krzyczało
wpatrzone we mnie przenikliwie
próbowałam pokryć sytuację jak zwykle słowami
ale ta funkcjonalna papka spłynęła po nogach sprężynowego łóżka
pozostawiając mnie samą wobec krzyku
leżeliśmy oboje bezbronni
ze strachu co chwila naciskałam dzwonek
przysypiałeś, liczyłam godziny
upływające powoli budziłeś się znowu
świat znowu wył na alarm
próbowałam nam pomóc ale nie wiedziałam jak
pokazywałam tobie i sobie okno: tam czarne ptaszyska
ostrzyły dzioby o zmarzłe kawałki nieba
zbudził nas głód
jak dzikie zwierzęta wyszliśmy do paśników
w półśnie, idąc tylko na węch
schodząc
piętro niżej
podczas gdy z plastikowych liter układałam słowa
jakaś kolejna moja kopia
zastępowała mnie w skarżeniu się na zimno nocy.
we śnie byłam synem, zniszczył pewne przedstawienie
wraz z destrukcyjną recenzją
chłopcem ukrytym wysoko w pachnącym praniem wieżowcu
jedynym, który się nie zgodził
omijając z pogardą księgę gości
pomimo groźnookiej policji
tym który zwiał z poematu
i jednocześnie piszącym go
chciałem usiąść, przeczytać coś
do miasta wiodła kulawa droga
leżałem na wozie, nade mną chmury
kawałki drzew i piach, powietrze
furczało od mrozu
księżyca pilnował las
że się rozglądam w pustce
a pustka jak fluid i wszystko
staje się oznaczone nicością
ciemność sama nie wiem kiedy
definitywnie osiadła dokoła
oświecałam długo światłami z zewnątrz, po coś jednak
istnieje cywilizacja i kultura ale kiedy wszystko
panie doktorze pieprznęło
nie widziałam własnego nosa
brodzę wśród słabych dekoracji rodem z Ibsena
Strindberga Houellebecqa
pisanie chorego umysłowo a priori jest nieczytelne
sam jednak akt świadczy o próbie
prawda, panie doktorze, czy może nieprawda?
powiem panu wprost:
najlepiej walnąć się na wodę
niech kra mnie niesie jak chce
nie widać i tak horyzontów
po drugiej stronie lustra płaczą dzieci
nikt z nas już ich nie rozumie
przemywam w wodzie życia swe bardzo brudne ręce
jesteś skończona – mówią głosy
straciłaś serce dla samej siebie
więc skacz, dziwko, skacz z okna, daj nam wszystkim spokój!
kto mnie tu przyprowadził?
ja sama chyba, panie doktorze,
wyjałowione obrazy
szyderczy śmiech
kołowrót nabiera tempa, kolejna zima przelatuje torpedą
przez czas, teraz zdecydowanie szybciej, już nie widzę
pojedynczych szczegółów, już tego nie liczę
teraz już liczy się wszystko jak leci
jak gdyby odgórnie



