Wiersze z pocztówek
Odra 1/2015 -Wiersze wybrane w styczniu
Dodano: 14.01.2015 12:47Kacper Płusa, Sylwester Gołąb
Kacper Płusa
kołysanka
powstrzymujemy burzę. w powietrzu zasiewa się zmierzch z ziaren zgaszonych żarówek.
leżysz na łóżku przykryta stertą książek. ty - oprawione w ludzką skórę mięso.
zziębnięta na kość grzejesz ręce przy ogniu tak starym jak ten strych, jak język,
który ugrzązł w gardle. przeszczepiamy na szorstkie ściany mieszkania kości, ich szpik.
przygotowujemy wieczerzę z używek. przyprawiamy szczyptą strachu gorzką jak narkotyk.
zdejmuję z ciebie płaszcz. jesteś miękka w dotyku niczym zamsz.
okiennice nie przepuszczają bodźców, prześwitów czerwca. pokój to ciemnia.
przez rozszerzone źrenice sączy się obraz światłoczułej kliszy. ze szpuli zrywa się film.
śpij, śpij.
wesele. sequel.
we śnie przyszła do mnie kobieta, ektoplazma. miała kształt kuli wypełnionej helem.
byłem owadem i każdy pocałunek kończył się śmiercią, ukąszeniem. bliscy mówili,
że wstępuję na nową drogę. miejsce po żądle się zagoi lub rozwinie w zgorzel.
na podwórzu był sznur na bieliznę, sznur weselników ciężki od koszul.
utkwił mi w pamięci ten obraz. żywi wisielcy.
biegałem tam jako mały chłopiec. bawiłem się w przyszpilanie insektów, sklejanie modelu
rodziny. przed kościołem goście rzucali garść ryżu i życzeń.
widać było musztrę. stali w szeregu jak pluton. z odbezpieczonymi kwiatami.
ja - król pszczół, byłem nagi, wystawiony jak eksponat w salonie, wśród igrzysk chleba i soli.
trzymałem w dłoni jarmarczny balonik.
list do jacka kerouacka
spisujesz kronikę zaburzeń. solilokwium z zakończeniem zamkniętym.
twoje piętno w literaturze to fakt, że strona po stronie wraz z tekstem otwiera się przestrzeń:
ścierniska, żniwiarze, prerie. koszula, którą nosisz przesiąkła tanim tytoniem i deszczem.
czarny kapelusz przybito ci do skroni jak gwóźdź do trumny. przy biurku niczym urzędnik cyzelujesz perypetie. dla umysłu słowa są więzieniem o zaostrzonym rygorze.
kiedy piszę tę depeszę wzdłuż trasy wciąż przejeżdżają pociągi nabrzmiałe od włóczęgów,
ekstatyczne jak stukot maszyny. czcionka nadaje kartkom zapach świeżej farby.
wyobraźnia czytelnika rozgrzewa się jak szyny. iskrzy nad papierem sekwencją wydarzeń:
używek, przyjaciół, podróży. między wierszami jesteśmy do siebie całkiem niepodobni.
wznieśmy więc toast lurowatym piwem: za tych, co w drodze.
list do fridy kahlo
w moim dossier goszczą wyłącznie autoportrety. nienawidzę wzroku innych zawieszonego nade mną jak skalpel. wahanie towarzyszy każdemu ruchowi ołówka w zgrabiałych palcach.
nazwij to techniką, chirurgiczną precyzją, nazwij jak chcesz, frido. wiem tylko, że zasypiam
sam na sam z tobą i papierosem. chcę być krwawym kwiatem w twoich kruczych włosach.
cóż z tego, że mogę wzniecić pożar. wiem, że boli. zatańczmy na płonącej podłodze
z bagażem doświadczeń, strachem w oczach. w tę podróż każde z nas zabiera odrębny dramat. daj się objąć, frido. bądź poręczą autobusu w godzinach szczytu. bądź pędzlem, narzędziem
w kalekich rękach. obiecuję, że nie będę patrzył. napięcie między nami jest zbyt natarczywe.
uczyń mnie ślepcem, a staniemy się drżącą od gorączki mięsistą kulą na prosektoryjnym stole.
Sylwester Gołąb
Chłopiec
Niebo majaczy rozpalone jezioro opustoszało
chłopiec z jaskrą
wojsko na granicy
popatrz nie schnie
Wydał komendę kotwica w górę
albo zaczął słowami Ojcze Nasz
co zgoła oznaczało to samo
– Dzisiejszej nocy zawitam do kilku portów
Każdy port ma swoją filmową historię
Chłopiec zostaje bohaterem wojska w odwrocie
Zniesiono embargo na plastikowe pepesze
Pranie schnie dwudziesta druga
za osiem godzin wstanie
włoży sztywny czerwony tornister
zwróci uwagę na wszystkie szczegóły
ścianę
korytarz
słowo
el espresso
małe espresso
kojarzy mi się z małym (ale naprawdę małym)
esesmanem
kierownik pizzerii – małe espresso
jestem czwartym z kolei
który tak o nim myśli
małe espresso – naprawdę małe
czyściutki obrusik ma dosyć krzywe nogi
lecz donosi wszystko na czas
zgodnie z czasem naginając kilka zasad poza nim
och
od niedawna posiadam kilka adresów nieformalnych
kilku nadawców odbiorców oponentów
nie jestem przecież pariasem matiasem
śledziem
naturalnie po zmroku boję się mew
w porcie statek z czterystoma Włochami
dziewczęta o nordyckich rysach
poznają kulturalnych mężczyzn z południa
a póki co
rachunek sumienia koniec zmiany
małe espresso czarna kawa
to nie jest wiersz rasistowski
zupełny zmrok
21.07.14
Emigracja
Wiem że będę musiał wyjechać
przez morze starym rowerem
– cykliści z pewnością się obrażą
Wszystko dla niedowiarków
Wszystko dla wątpiących
W drodze będę żywił się rybami
jadał kawior
Towarzyszyć będą mi słońce i gwiazdy
przeziębiony pęcherz i tankowce
Istniało
Kiedyś istniała szansa by móc wszystko jeszcze odrzucić – odwrócić
To były czasy kiedy się zwyczajnie czekało
Pociąg ciepły czysty nadjeżdżający pełen nadziei
Przecież musiało wydarzyć się coś dobrego
Tylko taki był sens w nieustannym czekaniu
w przemieszczaniu się w zasypianiu w budzeniu
Robaczki świętojańskie z dobroci serca
oświetlały polne drogi
Deszcz padał na twoją chwałę
zamiecie zdawały się mówić
jesteśmy piękne
I ta euforia gdy na korytarzu pociągu relacji Kraków – Jelenia Góra
mężczyzna krzyczy z zachwytu
Wałbrzych Fabryczny!
I po chwili czuć Wałbrzych fabryczny gdyż
mało było wówczas kłamstw których nie mogło
się zdemaskować
Dostrzegało się – ponieważ istniały rzeczy które
należało dostrzegać istotne niebanalne
czyste delikatne i prawdziwe
Odpływy
zamiast pisać rozpuścić się rozpuścić się od środka
pojąć wszystkie zasady między kwietniem a majem
zaprzeczyć wszystkim regułom w drugiej połowie roku
popołudnia istnieją połączone nierozerwalnie z nami
odkąd przyjechałaś muszę się z tobą nimi dzielić
pomimo tego
ciepłym morzem płynę
woda pochłania niebo niebo oddaje gwiazdy
wśród stworzeń morskich unosi się cisza
wiem to w jakimś sensie egzystuję z nimi – z nią
woda cichego oceanu pochłania niebo niebo oddaje gwiazdy
powłoka zasiadła w fotelu
wychodzi z tobą na zakupy rozmawia słucha
ja przez cieśninę Lema wypływam na pełne niebo
Dom niemiecki
Miałem kiedyś w starym pogermańskim
domu wilgotnym
(bo miałem kiedyś dom germański na własność słowiańską)
starą kryształową kulę śnieżną
wepchniętą w stary skrzypiący kredens – oczywiście
padał śnieg panował mróz
Bezpieczny nietykalny za szkłem
szklanej kuli kryształowej
Grudniowy najbielszy święty przedświąteczny
przykrywał ziemię
drzewa drogi rozrzucone
od Betlejem do Kalwarii
Kiedy opuszczałem równinę przedgórską byłem dzieckiem
Wszystko było wtedy proste
Nawet równina wydawała się prostsza
Nie było stamtąd – nie było stąd
Byłem stąd – dom stał
Jeden Pekaes na dzień do Kamiennej
Kiedy opuściłem równinę śródgórską
wszystko jeszcze było proste
Droga była błotem
Drzewo było drewnem
Automatyczna pralka
jak z powieści Lema
Kiedy opuściłem równinę przedgórską
jeszcze przez moment wszystko było proste
Kolega
Mój kolega z dzieciństwa zdziczał
pod naporem myśli człowieka dorosłego
a taki dobry kiedyś był z niego złodziej
Niebo nadal piastuje funkcję kontrolną
zbawczą albo nad wyraz praktyczną
Przydomowe kapliczki jak psy pilnują obejść
Mój kolega z dzieciństwa wyjechał
pod naporem myśli człowieka dorosłego
Wytrącono mu z ręki wszystkie argumenty
ręka kolano głowa but
I choćby z mórz wyparowała cała woda
ryb nie należy sadzić w grządkach
Niedźwiedzie polarne
Czas nie płynie – rozbłyska
W jednej chwili pojawiło się wszystko
Czas nie istnieje
Chłopczyk trzymał za łóżkiem trzy niedźwiedzie polarne
Pewnej nocy przyszły i zabrały małego chłopca
Zeznał roztrzęsiony ojciec
Zapisał policjant
nielegalna hodowla niedźwiedzi polarnych



