• header
  • header

Uwaga! To jest archiwalna kopia serwisu OKiS | Przejdź do aktualnej wersji -> www.okis.pl

Wiersze z pocztówek

« powrót

Odra 12/2014 -Wiersze wybrane w grudniu

Dodano: 17.12.2014 13:06

Michał Pranke, Grzegorz Marcinkowski

 

 

Papryka z piekarnika

 

 

Smakowaliśmy kanapki z szynką przy wieżach ciśnień jak przy

wieżach magów. W przytorowym slumsie suszyły się skarpetki.

Szum: fajna by była z tego pocztówka. Pani z odwrotu ściskała

klamerki na balkonie. Obok gdy patrzę tabór przebiega w jedną

w drugą stronę gdy nie patrzę przebiega w jedną w drugą stronę;

przypomina to morze, nie ma co.

 

            (w porzeczkach obok posągu kamiennego gekona spełniam rolę

            kronikarza w porzeczkach, bo oto przypomniałem sobie właśnie

            taki zawód, że pełnię obowiązki, a ty się pewnie śmiejesz z tego)

 

Że wciąż pamiętam ten karmel na blsze przy negatywie w oku

już bym wolał nie pamiętać. Spalinowy tabór na prawo na lewo

gdy patrzę na wschód na zachód gdy nie patrzę: na skraj skraju

przez rozkład odbity z ksera ksera, na wschód na zachód przez

przeciąg z papieru i pociąg do zmian.

 

Że wciąż pamiętam odjazd; pończochy przewieszone na krześle;

już bym wolał nie pamiętać. Nie ma co. Też mogę mieć wyjście.

Wezmę sobie psa z schroniska. Też mi wyjście, tam zamieszkać:

 

w wieży czarów

w wieży ciśnień

Podszewka z blichtru

 

                                                                                              S.

 

Miarkuję gesty i szukam czegoś ręką w drugiej ręce.

 

Uran błyska elektrycznym światłem i świeci nad tą drugą ręką.

 

Szukam czegoś ręką w pierwszej ręce i markuję znak.

 

Ręce do góry. Od teraz musimy wyglądać jak Mont Blanc.

 

 

Gwiezdne wojny

 

 

Dawno, dawno temu deszcz. Na niebie tańczy chmara

nieprzyjemnych nóg. Prognoza pogody do tej pory nie

zawracała w głowach wcale, a jeśli w ogóle, to dopiero

 

po sporcie. Strasznie pięknie wiedzieć już dziś, że jutro

znowu odbędą sie igrzyska! I jeszcze te urocze petardy!

Wszystko, co padło wcześniej nieprawda. To, co padło

 

w muślinach: to lży bydło na niebie. Złote muśliny złote

zaprzęgi. Niebieskie słońce? Sprej. Urocze towarzystwo

tych różnych leśnych, śmiesznych stworzeń. Oto kamyk

 

przede mną. Prowadzę go w drodze; a jeśli doprowadzę,

zanim znowu stanę przed twoim domem – zwyciężyłem.

 

 

Noc na materacu

 

                                                                           A.

 

Tylko ty i ja w kosmosie; tak brzmiała ta piosenka,

kiedy sam brzmiałem jak chłopiec, a ty jak zawsze

brzmiałaś w kosmosie. Zatrzęsienie dzwoneczków;

 

nie powiem. Noc przebiega, zatem być może musi

być nocą przebiegłą? Nie wiem jak nazwać sznurki

zamiast drzwi. I czy popielniczka z czaszki czy też

 

czaszka w popielniku? To na mnie mrugają iskierki.

 

1991.

 

 

Chyba nie ma co dłużej ukrywać, że przepisy to matnia

wszelkich potraw, tak jak kuchnia jest święta, w kuchni

stoi kuchenka. Śmietnik stoi pod zlewem (bo mieszkam

 

tu, gdzie rzuciła nas Europa? Szkło do szkła i kości dla

psa, co za segregacja! Błam ciała do ciał!), a zsyp objął 

tylko jedno odniesienie. Nie wiem jak to rozegrać. Dziś

 

stałem w otwartych drzwiach, a przyrządzałaś potrawy.

Przyniosę ci ten ryż. Później wyszłaś jak stałaś i wyszło,

jak wyszło. Cała marchewka rozgotowana, a jeden zsyp.

 

 

Es gibt sie gestern nicht mehr und morgen noch nicht

 

 

Nocne motyle w coraz gorszym towarzystwie,

żuczku. Wzory w parkach i jako taki porządek

w sztućcach z góry widziane w coraz gorszym

 

stanie, żuczku. Słonie w Nepalu i Birmie jakoś

jeszcze sobie radzą, złotówka trzyma się nieźle,

a nocne motyle w coraz gorszym towarzystwie,

 

żuczku. Co powiesz na wody Nauset? Bo coraz

więcej widać żerdzi w Wiśle. W coraz gorszym

 

towarzystwie.

 

1991.

 

 

Ciężko znoszone ubrania i dreszcz z nieba, newsletter z rabatem.

Robakiem? Żenująca pomyłka przy porannej prasie. Wyliczanko

przesączonych snów w rytmie matmy i targanych przez lepiszcze

 

ofert rekonkwisty. Poranek doprawdy pełen śledztwa. Znalazłem

mrówkę w cukierniczce i myślę, że to ona ponosi za sobą EFEKT.

Motyla? Czy omyliliśmy motyla li tylko z mamieniem? Nieomal?

 

Fala wzbiera. Balwierz, czyli taki fryzjer, zafarbia realia na fibrze.

Fala wzbiera. A rozpoznanie podpowiada, że to tylko jedna z nich.

 

 

 

Le voyage dans la lune

 

                                                                                                              Łajce

 

Niezręczne są pożegnania, niezręcznie się mówi na koniec,

a czujne ma spojrzenie ochroniarz, kiedy gołębim oczkiem

prześwietla kieszenie przy kasie, na dworcu, lub przy kasie

 

na dworcu. Nieręczne pożegnania widać zewsząd, to widać

kiedy ochroniarz chłonie zimne do widzenia, a gąbczastym

spojrzeniem daje znać panienkom, jak bardzo chciałby być

 

ochroniarzem chociaż w kosmodromie. Tu pogrzebany pies:

unosząc się w kosmosie łatwo stwierdzić, że przestrzeń jest

zaledwie zatrzęsieniem: nieustannie niedomkniętych Drzwi.

 

1991.

 

S.S.

 

Coś jeszcze? Te pytania podawane z ręki do ręki jak wypiętrzona

butelka za mięsnym (dobrze wiemy, co teraz: rzeźnicy w centrum

są wyrazem żyjących tu ludzi) są niczym więcej jak zachowaniem

 

wrażeń położonych bardziej na później niż na bok między blokami

czekolady i ortalionu, niech będzie, że to tworzywo sympatycznego

towarzystwa wspomnianych wrażeń podłożonych raczej na później

 

niż na równie pochylony zarys boku w pamiętającej pościeli, która

okazuje się więcej pamiętać niż ja podczas egzaminu z niczego, co

także jest rodzajem poszukiwania bilansu. Byłby to może zaledwie

 

zarys dawnego sporu o korzyść dotyczącą pojęć ogólnych; rodzaju

nadania rozmaitych dóbr rozłożonych w malignie i porachowanych

numerów, przed którymi dobrze zaopatrzyć się w plecak na podróż

 

co to równie jak wrażenie znaczy nie więcej jak wybranie emigracji

w dobrze zmrożone, lodowate piwsko, żeby było jeszcze trochę lżej.

Coś jeszcze? Tak pyta ta pani, a ja mówię, że nic więcej. Mówię jej,

 

że więcej już nie.

 

Grzegorz Marcinkowski

 

Ostrość

 

Nie ruszaj się; tak, brawo

[S. Barańczak ,,Zdjęcie”]

 

Powiedzmy, że jest za nim jakiś krajobraz.

Nieważne jaki. Ostrość ustawić na twarz.

 

O tak. Dobrze. Bliżej, na usta, koniecznie

Trzeba złapać ten grymas, gdy wymawia.

Dalej ulicę, najlepiej z góry. Te napisy

 

Na murach. Dobrze. Za dwie minuty wchodzimy.

Bierzemy urywek krajobrazu za nim,

W ramie jaką tworzą jego policzek

 

I gałąź starego drzewa. Albo sylwetkę

Kobiety biegnącej z lewej. Tak. Mamy to.

Teraz dobrze. Jakieś słowa i znowu cała uwaga na

 

Ruch warg. Widać to. Jeszcze go nie ma.

Jeszcze pusto. Już. Teraz. Cała naprzód.

Ostrożnie, powoli. Każdą głoskę wyraźnie,

 

Każdą sylabę...O tak, dobrze. Bliżej na usta,

Na ten krajobraz z tyłu, cień biegnącej kobiety.

Mamy to? Nie ruszać się. Jeszcze moment.

 

Chwila.

 

 

 

Nieruchome okazy

 

W upalne popołudnia życie koczuje pod arkadami,

Podobne do  sklepikarzy o dłoniach jak langusty,

Woni piżma przenoszonej na mankietach.

 

W głowach przechodniów malownicze kadry, wewnętrzny

Film przewijany w nieskończoność zgodnie z rytmem tętna.

Kiedy otwierają się chłodniejsze miejsca, oczy atakują

 

Najwyższe półki, obcasy wybrzmiewają

Wiodąc za sobą

Nasz głód.

 

 

 

 

 

 

 

Papierosy

 

Gaszą i wychodzą.

Pozostawiają tlące się stosy.

Popiół na wszystkim.

 

Późna pora wyciska tłuszcz z lamp.

Puls tyka w nadgarstkach. Ominą

Woźnego i demoniczne obrotowe

Drzwi. Górnicy z topniejącymi

Świecami na kaskach wyskoczą

Im z ust. Cienie rozprowadzą ogień.

 

Zbiorą lawę.

 

 

 

 

 

Mnogie

 

Mnożymy się. W płynnych

Światłach. Na bilbordach.

 

Staramy się być jak te sny, poblaski

Z kineskopów które barwią firanki,

Wysyłają widma na ściany.

 

Czasami wywołujemy się z dołu,

Z odrapanej sieni.

 

Zbiegamy, przeskakując stopnie,

Wyślizgując poręcz.

 

Nasz głos

Roznosi się po klatkach schodowych,

Piętrach wijących się wężowo.

 

Mnożymy się.

Błyski. Spięcia.

Trasy z neonów.

 

Poróżnione światła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Latająca ryba

 

Nikt nie może podzielać twojego marzenia

Nie wyjaśnimy ryby. Pyłu postępującego

W ślad za piskiem opon.

 

Rozmowa nam upływa pod dyktat cen.

Każda kropka w ciągu zer znaczy inaczej.

Folia chłodzi dłonie,

 

A na bramkach żegna nas pisk. Cofamy się

Jakby odwołując wszystkie ślady, obmywając

Z podstępów. Szukając

 

Po pasażach ukrytych ciał. Nie podejdziemy do ryb:

Umierają po wielokroć obłożone bielą. Sterylne

Wejścia do toalet,

 

Wyjścia awaryjne. I wejścia w siebie, gdy forma

Mości się w nowym szkle. Po wyjściu powietrze

Jest tak nierealne,

 

Że trzeba sprawdzać ruchem ręki. Natykać się na

Pustkę i być spokojnym, że jest.

 

 

 

 

Narodziny

 

Gdy światła rozsypują się po podłodze

Uwaga rozlewa się, pokrywa ściany,

 

Cienie łaszą się, wspinają  po plecach.

Zaczynają się krzyki, kroki pozbawione

Ciała, grymasy uwolnione z twarzy.

 

Uwaga  jak mięsień, kurczy się i napina.

Uwaga, co rozciąga, rozkłada rzeczy

 

Gdy jak światła, wsiąkają pod skórę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Warunki kupna

 

Błądzi się, znika, młode panie przy kasach i te starsze

Uśmiechają się do nas, do niewidocznej kamery

Którą mamy w oku.

 

Kaskady. Iskry. Tęczowy potok, chrzęszczący

Miał obracany w monitorach, na ekranach, płaskich,

Prawie niewidzialnych.

 

Nagle jesteśmy po drugiej stronie. Włączeni w transmisję.

Uśmiechnięci kelnerzy, znudzone wdowy po czterdziestce,

Barman myjący szklanki.

 

Parkujemy u góry, na granicy  widma. Znika się.

Zamyka się oczy  i spada. Otwiera się pudło

I ląduje  w uśmiechach.

 

W wydaniach z papieru i tych bardziej lotnych. W jednolitym,

Rzeczywistym czasie ogląda się. Miliony oczu. Miliony

Niewidocznych kamer.

 

 

 

 

 

 

Zakończenia

 

Wcześnie  kończymy. Epoka minęła. Teraz można

Umawiać się w dowolnych miejscach, czekać bez upiornej

Nadziei, że przyjdzie Ktoś Całkiem Nowy.

 

Teraz tylko nachylenie głowy, wstępna

Wersja zaniechanego gestu. Uspokajająca

Jednoczesność obojętnych form; refren, którego

 

Mogłoby zabraknąć, bo język plątał się przy powitaniach.

Chciałoby się napisać na nowo zakończenie

Pewnej powieści (to było może najlepsze),

 

Ale brak motywu. Gdy obłoki pary wymazują nam

Zadania, w przerwach między oddechami- trzeba przystać na

Inne zakończenie, choć zakończenia powinny raczej

 

Rozczarowywać: śnieg, zgrzyt zasuwanego zamka,

Dotyk mrozu na policzkach.

 

 

 

 

 

 

 

 

Rowery

 

-Kiedy dzwoniłam, on schodził- powiedziała-

I był inny. Kiedy malował, znikał. I nikogo

Nie wpuszczał. Jednak kiedy podjeżdżałam

Rowerem i dzwoniłam, zawsze schodził.

Inny, ale jednak schodził. To było najważniejsze-

Chrząknęła. Zaczęła nalewać kawę do małych filiżanek.

 

- To dobra kawa. Zupełnie przypadkowo na nią

Trafiłam- powiedziała. Podniosłem filiżankę.

Uderzył mnie głęboki, intensywny zapach.

Pomyślałem o grze czerwieni na jego obrazach.

Chciałem o to zapytać, ale nie wiedziałem jak.

Kawa rzeczywiście była bardzo dobra.

 

- Do dzisiaj kiedy słyszę dzwonek roweru przechodzą

Mnie ciarki- powiedziała i uśmiechnęła się. Przez chwilę

Wyobrażałem sobie, że wiem jaka była w młodości,

I dlaczego jeździł z nią na te wycieczki. Dlaczego

Zbiegał ze schodów, otwierał drzwi i na jej widok

Znikał, gdy ten drugi on patrzył przez okno

Z krzywym uśmiechem.

 

-Nie, to  niedorzeczne- pomyślałem. Odłożyłem

Pustą filiżankę i nie mogłem opędzić się od myśli

O dzwonku roweru i o tym, jakie byłoby to znaczące

Gdyby nagle jeden zadzwonił.

 

- Trochę jednak za bardzo- pomyślałem.

 

 

 

 

 

 

 

 

Bez reszty

 

Brak nam pokrycia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zwiastowanie

 

Nie kontroluję. Ta mowa opada do wewnątrz.

Głos kogoś trzeciego, mężczyzny lub kobiety.

Słowa układają się pionowo- warianty do wyboru,

Trzy albo cztery. Nie kontroluję.

 

Od tygodnia zacinam się. Głos niczego nie kończy.

Żyję, a jednak boli całe ciało. To, które zdołał ocalić

I to, które wypluł. Nie kontroluję. Nie było sygnału,

Tylko pukanie. Nie było decyzji. Tylko wejście.

 

Nie było gotowości. Puste krzesło naprzeciw pustego ciała.

Dwa głosy i dwie pary oczu zamknięte w sobie.

 

 

 

 

Na motywach stworzenia

 

Cisza jak perfekcyjny zamach;

Wtem nagły gwar: wozy, karetki,

 

Karawany, zamiana pasów,

Czekanie. Źrenica jak cięcie noża:

 

Słupy, pasy Ognistych cząsteczek

Rozdzielają granatową masę

 

Nie dających się rozróżnić linii.

Gromadzą się, rozdzielają, roznoszone

Przez echo.

 

Karmienie ram, przestrzeni i perspektyw

Nagłym rozbłyskiem, wybuchem.

 

Zderzenie rośnie- oswojone,

Oswajane.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poboczem

 

Warkot silników, gęsta,

Splątana fala przekleństw.

Kiedy przechodzę trąbią

Na mnie. Ogłoszono mój

 

Odwrót. Widzę swoje sny

Na reklamach. Jej oczy

Rozmazane w świetle. Z jej

Warg płynie jaskrawa

 

Poświata i oplata

Mnie. Wyszła z łazienki

Całkiem naga. Zyskała

Nowe ciało, nową twarz.

 

Zaparowało lusterko.

Szminka odcisnęła się

Na chusteczce. Szorty

I ciemna bluzka leżą

 

Porzucone na krześle.

Zaraz to się skończy.

Ona wyjdzie. Trzaśnie

Drzwiami. Zamacha na

 

Taksówkę albo szybko

Przebiegnie przez jezdnię.

Wniknie w tłum. Zyska nową

Twarz, nowe ciało albo nowy

 

Sen i więcej miejsca już

Poza mną, poza moim

Ciałem. Na razie posyła

Mi całusa. ,,Jaśminową

 

mgłę”. Zlewa się z flakonem

Obok. Z jaśminowym tłem.

(Klaksony trąbią za mną)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bajka

 

Wyznacz sobie nową epokę. Nowe zdania

Na pasku. Pędzisz po trakcjach, miga ci w łączach,

W sieciach ci wybija tak że cię namierzyć nie idzie.

Cała jesteś jakaś popękana. Popalona jakaś. Wczorajszy

 

Wieczór, dwóch facetów gapi się w denaturat.

Uprowadzają cię. Fale kurzu. Jakieś wrzaski.

Fundujesz sobie wyrwę, odbijasz na stacji

Trochę dalej w drzewa. Gdzie te kucają

 

I wiadomo co robią. Głosami się wznoszą

Po ostrzach gwiazd. Po samych krawędziach.

Dwóch facetów, karoseria próbowana ogniem.

Orbity ich stanów, Odwrót osłaniany przez

 

Szklane nerwy. Próby sił na polanach. Błogie

Podania o poczęciu. Zajezdnie, gdzie dym schnie

Na niskich okapach. Ktoś kopie dół. Karze ci

Spojrzeć co zakopał. Gramy smakami.

 

Operujemy śliną jak towarem. Swąd

Niesiony przez lasy, pola,

Trakcje w dół.