• header
  • header

Uwaga! To jest archiwalna kopia serwisu OKiS | Przejdź do aktualnej wersji -> www.okis.pl

Wiersze z pocztówek

« powrót

Odra 11/2014 -Wiersze wybrane w listopadzie

Dodano: 17.11.2014 10:39

Krzysztof Tomanek, Monika Krzyściak

 

                                  

Krzysztof Tomanek

***

 

to chyba moment, w którym asfalt oddaje znojny dzień powietrzu,

wystająca kość młodzieńca, który zasnął w autobusie.

dzieci wsiadają wraz z opiekunami, robią rwetes,

a potem wysiadają po kilku przystankach zamęczone jak diabli.

nie znam większych różnic,

nie znam różnic pomiędzy dręczącą koniecznością uwodzenia,

a starczym uwiądem. jedynie ta presja, gdy cała roślinność wydziela siebie,

odcina i wyizolowuje spośród zaułków i załamów muru.

przypomina w tym selektywną śmierć hepatocytów. nie zakłóca jej żadna nagłość,

interwencja jak szybki ruch ręki rzemieślnika. nic,

 

nic nie grozi nieświadomości. głosy bawiących za oknem.

nawet jeśli w ferworze ich zabaw dostrzega się dryl agresji niespotykany tego roku

(dochodzący niechcianej przytomności).

tumult ich zabaw narasta, to dowód na ostateczne zespolenie,

na krótką pochwałę ich stanu uniesień. nikt im tego nie musi wybaczać.

ta sama procedura powzięła pieczę nad nami, rdzeń,

konstrukcję i regułę jakiej przestrzegają.

 

 

 

 

***

 

pętle, trolejbusy, ostatnie obroty

miarowej ciemności, o której nie wiemy już nic.

tylko ta część, odsłuch, odleżyny mroczenia za oknem

(co następuje, tężeje).

odnowienie jakie przychodzi wraz z przeglądaniem się i znajomość twarzy

jednej z kobiet na ruchomych schodach przeciwległych wznoszeniu.

w nim przychodzą duże miasta, to uczucie

jakby ktoś z podobną miarowością opuszczał namiętność

(ukrywanie się, śledzenie). ochłodzone w tym place, tym upływem, ronda wielkich ludzi. wszystko tak nieobecne jak mięśnie twarzy,

które rozciągają się w uśmiech.

mruganie, odliczanie,

jakby kochać się z kimś nowym,

lepszym.

 

                        ***

 

pory roku nie przychodzą płynnie (teraz to wiem,

choć to i tak bez znaczenia).

przedostają się od środka, od stron konwulsji,

zapalają się nierytmicznie. jak świetlówka

zaskakują na coraz dłuższe chwile,

aż skończy się lato.

i domy znów zamkną się od wewnątrz,

do stref wrogości, płaskich ścian równo powleczonych wałkiem

(tak oddają zębom brak, kęs białej kredy), 

tak staja się bezpieczne.

 

i wspomina się przy tym intymność, a potem niknie,

czy raczej czuwa długo przy tylnej ścianie ciężarówki,

kiedy jest ciemno,

i kiedy zasłania nam zakręt. jeszcze jeden,

i jeszcze jeden.

wiem, że to odwłok wstydu, że ciągnie się tędy,

bliskość powłoki i zimne powietrze.

(wiedzą o sobie, samochody,

wiedzą o mgle, że kończy się lato.

 

upokarzają. co zrobić.)

 

 

 

                        ***

 

w nocy drzewa skierowane są donikąd, poprzez

określone odległości między sobą.

to musiały być kiedyś ogniska gitarowe

albo wieczorne kursy tańca.

skoro jest wracanie i główne ulice katowic, a my

w zabawie przybieramy sobie nieznanych starców

(te nieprzyjemne spotkania z nimi).

 

jak obrys drzwi gdzieś z tyłu

gdy cicho przejeżdżają przez miasto

czeskie karuzele. ta pozostałość, chłodna obręcz.

 

 

 

 

                        ***

 

pierwsze zdjęcie, które wykonuje się stojąc na nasypie,

wysokie kominy i chmury (moja władza przypomina tę rozpacz).

to samo dzieje się, kiedy gasić światło w nocy,

to zapamiętywanie się miejsca,

jutra. onieśmielenia z jakim otępiają spacery.

 

a potem przychodzi kolejne,

sakrament brzydoty, kiedy siądziesz okrakiem, albo kucniesz przy pawilonie.

i lśnienie, drażniąca obojętność niedzielnych swobód.

 

i nie chronię się przed tym, nie uciekam od spojrzeń rowerzystów,

chcę coś mieć z zaciszności, którą wiodą.

to po nich przychodzi słodycz wieczorów, bujne przydroże.

wpatrzenie w uchylone drzwi lokali małej gastronomi

(twoje, nauczycielskie obowiązki, by być na miejscu.)

 

 

            ***

 

to co było ulicą, domki, które schodziły niżej,

miła opowieść, która nie może zatrzymać osamotnienia.

samochody na podjazdach i obiecanki, całowanie w usta,

są zbyt czerwone, zbyt śliskie.

 

więcej drzew, drzew, drzewa i zapominanie jakie przynoszą

o tej porze roku, dnia

zanim upał zechce, póki jeszcze nie. zapominają

i ruch, szelest, którego nie ma gdzie indziej.

piękne usta, łagodne linie chłopaków

skrepowanych nagością,

zupełnie niepotrzebnie.

 

to nie może prowadzić dokądś, wbrew powrotom,

które próbuje zatrzymać cała aleja

(kasztanowców i dalej topoli). te usta wymykają się,

pozostają jasne, jakby były czymś obcym i chłodnym,

 

moje małe, nienachalne córeczki, które cieszą się,

poszukują sprzymierzeńców, wysokich topoli

i kasztanowców.

 

 

            ***

 

nisze głębszego chłodu przy ścianach wysokich kamienic,

krawędź dachu przecina tę linie jaskrawości.

sflaczałe parasole przy hotelach

(jak koniec sezonu),

zniewalają w kazirodztwie. uwielbieniu

podobnych rzeczy do ciebie, do mnie

(z tego chłodu, w jaki zapadają się biodra

i palce wędrujące we włosy. śmieszne palce).

 

ilekroć rozchodziliśmy się pod czystym promieniem chłodnego wybrzeża.

prostych cięgien i wody

(a może tylko wody, na którą kładę swój policzek).

czego się wstydzę bardziej. przecież nie ciemnych miast,

równej pory, przy której zapalasz się w witrynach.

kocham tę twardość. sprzeciw

jak kość o kość, długą ulicę (na której odbija się tramwaj).

 

dłuższe odcinki tuż za miastem.

obszerne fragmenty, cierpkie obwodnice (z oddalenia podobne,

jak pręga smutku).

i nawet gdyby powtarzać je, toasty,

przywracać w minach. nie pozostawi to niczego

ponad komentarz; całą pewność,

chełpliwą litanię dzieci, wnuków,

intratnych kontraktów zawieranych w podnieceniu

(tę lśniącą krawędź kurtki).

 

 

 

Monika Krzyściak

 

 

Tożsamość

 

znowu pada

w domu u matki

chociaż nic nie zapowiadało

załamania

 

teraz

przy asyście lekarza

w humanitarnym stylu

nie do podrobienia

- człowiek człowiekowi

 

pochowajcie mnie

za murem cmentarza

każdy musi przeżyć śmierć

nawet pies

 

ostatnie życzenie rozkazem

ostatni papieros w ustach

czarna opaska

"łapcie go, jeszcze się wyrywa!"

ostatni zapach

 

u matki w domu

powódź

 

 

w parku

 

Zrównoważony rozwój jest

nieodłączną częścią moich prób życia.

Tak mówią jacyś amerykańscy uczeni

którzy myślą że mamy ochotę na ich odkrycia

i wielkie ośrodki badawcze, ze sterylnymi

mózgami oraz dezynfekcją kończyn.

A ja chcę tańczyć na linie, wmawiać ludziom

że 2 to prawie udany rysunek łabędzia.

 

Patrzę na dzieciaka w piaskownicy

i tyle mam mu do powiedzenia.

 

 

 

Dziewczyna z dredami

 

która wprowadza się do mieszkania obok

powiedziała mi „cześć”, jakbyśmy się znały

co najmniej pół życia.

Wspólne spotkania, kawy

wypady za miasto, zwierzenia przez telefon

przypominam sobie.

 

Najgorzej nie być w piątki

 

soboty i czwarte niedziele

miesiąca. Przenikać

kubek od herbaty, przestać

przyjmować leki. Nie robić

sobie nadziei, chyba że na lepsze

czasy gdzieś tam.

Wysprzątać pokój najlepiej

i ubranie wyprasować.

Zagłaskać maszynę do szycia.

Spotkać się

nie tu.

 

 

nowy klimat

 

wpływa na myśli

nie dookreśla je

czerpiąc przy tym sto procent

satysfakcji.

Wszechobecna wilgoć

rozpycha się w zakamarkach

dom prawie pęka.

Za oknem ogródek jeden na

jeden

tekturowy płot 

białych sąsiadów

monolog o pogodzie.

 

 

stosunki

 

wszyscy ci mężczyźni którzy jadą

ze mną tramwajem są bogami seksu

na granicy wytrzymałości.

ja – on – i konstrukcje

boże wypełniamy swój

czas wokół wolnych

przestrzeni.

to niedzielne popołudnie

nie może się tak skończyć

kiedy cię nie ma w pobliżu.

jedziesz pustym tramwajem

poetyckich czasów

a ja wyglądam tak samo

jak tamta zdzira

jak twoja matka.

 

 

w kinie

 

Kiedy jestem w kinie, mam tę samą

wrażliwość, co siedzący obok.

Te same dzieci, żonę

i dwa kredyty do spłacania.

Pijemy colę z jednego kubka,

udajemy że nic nas nie rusza,

nawet efekty specjalne.

Jest ciemno.

 

 

00.31

 

spaceruję zdechłym miastem

anielskim gdzie pijany Anglik

 

obsikuje dziką przestrzeń

w uniesieniu. widać zna się na sztuce

 

tak samo przesadnie jak ja. zatłoczone

kluby radośnie komunikują

 

że zwierzyna jest, ma się dobrze

i że wróci do swoich jam

 

po tym kiedy się uczłowieczy.

myślę w duchu - nie można stąd

 

uciec. nikt przecież nie woła.

 

 

Weekend majowy

 

miasto oczyszcza się z brudu.

Czuć odór kanalizacji, kwitnące kasztany

i psa, któremu ledwo udało się zmoknąć po pierwszej

majowej burzy.

Obrzmiałe powietrze zdaje się nie wytrzymywać.

Ktoś ogłasza zawieszenie broni.

Inwentaryzacja

Święto pracy.

 

 

 

 

 

 

Jadę z tobą windą

 

chociaż jeszcze minutę temu

chciałaś zrezygnować i schodzić te

cztery piętra w dół po schodach.

Pomyślałaś że to całkiem niezręcznie jechać

sam na sam z drugą kobietą.

Patrzę ci w oczy

„bardziej niezręcznie teraz się wycofać.”

Potakujesz.

 

 

***

dwie przyjaciółki które spotkały się po latach

robią sobie zdjęcia nad wodą. rzeka błyszczy się

leniwym popołudniem, toczą się ochoczo całe rodziny.

grzbiety fal po środku są niezauważalnie obce. ziemia wchłania

zapachy wulkaniczne sprzed kilku tysięcy lat. przyjaciółki oddychają.

kobieta leży krzyżem przy brzegu

wtapia się.