Wiersze z pocztówek
Odra 10/2014 - Wiersze wybrane w październiku
Dodano: 15.10.2014 11:24Monika Kapela, Kinga de Walla
Monika Kapela
Ewolucja
wystukuje słowa, (w) których nie ma
ja. Od zmysłów odchodzi. Godzinami
wymiotuje nawalone
serce. Pochodzi jeszcze trochę
od małpy. Do człowieka za daleko
geometria
nie bierz tego do siebie
i ust trójkąt w kręgu
znajomych wpisać łatwo
w granice (o)błędu ostre
jak wierzchołki góry lodowej
spadki równe wpadkom
niwelacje próżne jak wiersze
wyprane w perwollu
na smyczy
trzymam się krótko
żeby się nie zgubić
myślenie źle robi mi na głowę nogi
i ręce nie wiem w co włożyć
żeby nie między młot a kowadło
własnego losu
freeware
ale ty nawet pryszczy nigdy nie miałeś
ani łupieżu
ani nocnych polucji
nie mówiąc już o problemach z dziewczynami
z resztek tego czego wiedzieć nigdy nie będę
sklejam własnego ciebie
tylko na prywatny użytek jak głosi licencja
na e-tacie
interes stoi
licho nie śpi
z każdym ląduje co dzień w nocniku
czas posuwa
mnie interes stoi
licho nie śpi z każdym
ląduje co dzień w nocniku
czas posuwa mnie
interes stoi licho
nie śpi z każdym
ląduje co dzień w nocniku czas
posuwa mnie interes
CO2
skład i wiązanie wydanie drugie
wydanie drugie poprawione
żył długo i szczęśliwie a potem
mu przeszło, bo nigdzie poza mną
go nie ma
chodź na papierosa i powietrze
bibuła zawsze kończy się dymem
Kinga de Walla
zwątpienia
pamiętam,
rok temu dobrze umierało się
na mrozie.
aura podobnie trawiła kształt
do resztek konturów.
nic nie jest białe ani czarne,
wszystko jest białe i czarne jednocześnie.
o nic nie trzeba już pytać.
idź. nie stój tu.
jest zimno.
trzeciej drogi nie ma.
zenit
zaczął się deszcz.
na dachu jeszcze kucają wrony.
bezbarwne w pełnym słońcu kontury domów, zapach mgieł.
przygasa ich ślad, zastyga głos. karmi pobożny dzwon.
uciekły nagie chmury i wszystko zaczyna się od nowa –
niema msza. kulawy pies, garść ziemi z doniczki,
garść popiołu dla zabicia czasu. czas rozpostarty
na przydrożnych słupach. bunt rozdartych pól
z lotu ptaka. tnie żniwny wiatr.
zaczął się deszcz?
ciepło głodnych rąk, świt jak blaszana kadź,
dumna i pusta. czeka.
zbiorę słońce z chodników. wbiegnę mocno w serce suszy.
*****
świtanie.
cierpki, nieskończony świat,
niezdobyty grzech, jak światło włazu.
dosięga mnie ślad pustych pantofelków,
szelest gniecionego drewna spod wycieraczki
i smutne oczy przechodnia - kolejny brzeg.
nie wiem czy wschód jest rozwiązaniem.
czy biel złamie parzystość dłoni -
ten maszt gotowy iść pod wiatr,
bez ciepłych prądów i dotyku.
a przecież pod księżycem śpią
wszystkie cienie naszych drzew,
miejsca niezaludnione na czas i małe
wiszące ogrody, domy bosych ludzi.
nie mamy wspólnych tajemnic,
poza śmiertelnością zboża.
obecność
to zawsze tylko chwila – noc
nie zmienia smaku chleba.
sercem północy cudownie bosa kra.
na dnie rosy jarzębinowy posmak burzy.
tło spala czerwienie.
w południe truchleją żądze. opada
z gracją najdalszy kryształ soli.
w ziemi twardej po suszy, od wschodzących
falami ulic i mórz - poranek. zasiew. strzelisty akt.
tam, gdzie zaczyna się czerwień,
obietnice słońca opływają z traw
na bruk. w uśmiechu dziecka,
deszczu i szklanych drzew,
jestem.
oddycham do syta.
pokarm
zasnęłam z niespokojnym widokiem przed oczami:
na kuchennym stole leżały rumiane kromki,
poszarpane tępym nożem.
wzbierało we mnie poczucie krzywdy jakie rodzi się
w dziecku, gdy mokną na deszczu jego skarby.
sen był krótki: czerwone usta wgryzały się w bochen,
zgarniając najdrobniejsze okruchy. bez zbędnego lęku
nienasycenie stało się prawdziwe i wieczne.
a jednak w młodości biegałam z dziewczynkami nad rzekę
rzucać w toń czerstwe skórki. gdy nasiąkały, woda zabierała je donikąd.
nie było tam ryb, ani ptaków. i nikt nie uchronił pokarmu od wyschnięcia.
nad ranem inny świat. porysowane deski zakrywał obrus,
słońce rozkruszało się z wielką mocą o stary wazon.
chciałam napisać wiersz
na stole, na którym matka krajała chleb.
nienasycenie
między szorstkością codziennego chleba
dotyka ustami okolic pamięci.
gładzą jej stopy języki z ognia –
pieczęcie nadane w pozorach snu.
w szczeliny wyobrażeń utyka słowa
rozedrgana myśl: gdyby tak
przetrwać, zagarnąć, zatrzymać w sobie;
gdyby przyśnił się sen z nadmiarem czasu.
na końcu języka wykluwa się słodycz
gotowa do wchłonięcia. będzie z niej kiełkował
harmoniczny palindrom.
w miejscu, gdzie zawsze opada napięcie, unosi głowę -
chwila ocieplenia, odpływu tęczówki, wessania oddechu.
jest. stapia się. rozmiękcza tło.
ktoś obok dziedziczy ciało w akcie mowy.
język wraca do stanu skupienia.
ergo II
z małego wiersza odeszli ludzie
zdążyłam zatrzymać sznurówkę w stopklatce
i kruche ziarnko piasku z temperaturą cienia
linie papilarne wyblakły w żłobieniach bez dna
bez trudu zliczam komórki martwej natury
co kryją światło
najciemniej jest po deszczu
gdy cichnie tętent mrówek
nie chcę znać głodnych aniołów
skrzydeł modliszki w bursztynie
i ciepła cytrynowej trawy
budzi się kolejny niechciany człowiek
z czasem pozwoli skórze oddychać do oporu
ludzie zajmują na ziemi bardzo mało miejsca



