• header
  • header

Uwaga! To jest archiwalna kopia serwisu OKiS | Przejdź do aktualnej wersji -> www.okis.pl

Publicystyka

« powrót

ODRA 10/2016 - Piotr Gajdziński

Dodano: 20.10.2016 10:40

Piotr Gajdziński

 

CIEŃ SILNYCH PRZYWÓDCÓW

Świat wzdycha do silnych przywódców. Mądrych, zdecydowanych, opiekuńczych. Takich, którzy rozwiążą nam wszystkie problemy, napędzą wzrost gospodarczy, przywrócą stabilizację. Tylko że silni przywódcy z reguły nie rozwiązują problemów. Tworzą nowe.

 

Stał teraz właśnie jak opoka, na której bezpiecznie wspierała się Ojczyzna. Jaśniał nad rozległym polem, nad tłumem wpatrzonych w Niego oczami wierzącymi, oczami ufnych. Oto my wszyscy, dwadzieścia tysięcy widzów, byliśmy beztroscy. Nic nas nie kłopotało. Czuliśmy nad sobą potężną opiekę geniusza – w ten sposób Mieczysław Lepecki opisywał uczucia tłumu zgromadzonego na ostatniej defiladzie wojskowej, którą 11 listopada 1934 roku odbierał Józef Piłsudski. Autora tych słów, adiutanta marszałka, trudno zaliczyć do zwykłych wojskowych ciurów, bezkrytycznych wielbicieli Piłsudskiego, których w jego otoczeniu nie brakowało. Lepecki był cenionym podróżnikiem, który badał kraje Ameryki Południowej i Madagaskar, zaś pod koniec lat trzydziestych pełnił funkcję wiceprezesa Polskiego Towarzystwa Wypraw Badawczych. Można więc wierzyć, że jego uczucia podzielało wielu Polaków. Zdawało im się, że geniusz Komendanta rozwiąże wszystkie problemy.

 

MOCNI LUDZIE POSPRZĄTAJĄ ŚWIAT

Atmosfera w Polsce i całej Europie nie była wówczas aż tak różna od obecnej. Świat lizał rany po Wielkim Kryzysie, w Niemczech rosły nastroje nacjonalistyczne, groźna sowiecka Rosja kusiła mitem powszechnej równości i groziła eksportem „czerwonej zarazy”. W oczy wodzów i dyktatorów z oddaniem i wiarą wpatrywali się nie tylko Polacy, ale również Niemcy, Hiszpanie, Włosi. Silni przywódcy mieli być remedium na wszystkie problemy, mieli pokonać przeciwności losu i „posprzątać” świat. Później, gdy wybuchła wojna, we władanie mocnych osobowości oddali się też Anglicy (Winston Churchill), Francuzi (Charles de Gaulle), narody Jugosławii (Josif Broz-Tito), a obywatele Związku Sowieckiego zjednoczyli się wokół Józefa Stalina.

Z takim mechanizmem mamy do czynienia również dzisiaj. W wyścigu do Białego Domu według ostatnich badań amerykańskiej opinii publicznej szanse na zwycięstwo odzyskuje Donald Trump, obrażający imigrantów, wskrzeszający politykę izolacjonizmu, zapowiadający niewpuszczanie do Stanów Zjednoczonych muzułmanów i zbudowanie muru na granicy z Meksykiem. W Wielkiej Brytanii niechęć do cudzoziemców rośnie na fali Brexitu. Marine Le Pen ma nadzieję wprowadzić się do paryskiego Pałacu Elizejskiego, w Turcji niepodzielną władzę od lat dzierży Recep Erdoğan, a Władimir Putin cieszy się zaufaniem blisko 70 proc. obywateli Rosji. W Austrii w powtórzonych wyborach prezydenckich może zwyciężyć Norbert Hofer, przywódca prawicowo-nacjonalistycznej Partii Wolności. Na Węgrzech nie słabnie poparcie dla Viktora Orbána, a w Polsce w ubiegłym roku wybuchła miłość do Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście, tych polityków bardzo wiele różni. Ale wszyscy oni pozują na tzw. silnych przywódców. A ludzie niezmiennie wierzą, że tylko tacy potrafią skutecznie rządzić i rozwiązywać problemy współczesności. Demokracja, z reguły ślamazarna, ospała i rozdyskutowana, w opinii znacznej części obywateli przegrywa, bo uważana jest za mniej skuteczną.

Ale prawda jest inna. Przed z górą stu laty Otto von Bismarck zapytał pewnego Niemca, który właśnie wrócił z USA, jak ten kraj może funkcjonować pozbawiony silnej władzy centralnej. Rozmówca pruskiego kanclerza odpowiedział, że w demokracji wiele pojedynczych spraw się nie udaje, ale udają się niemal wszystkie wielkie. Dużo w tych słowach egzaltacji, mniej jednak, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

 

DYKTATURY OKRASZONE DEMOKRATYCZNYM SZTAFAŻEM

Wystarczy przeanalizować skutki rządów dyktatorów. Związek Radziecki po Stalinie i jego następcach – których władza była wprawdzie słabsza, ale też przecież dyktatorska – zbankrutował. Rządy Hitlera skończyły się hekatombą II wojny światowej i katastrofą Niemiec. Włochy zakończyły ostatnią wojnę światową w obozie pokonanych, Franco na dziesięciolecia podzielił Hiszpanów, a gospodarka tego kraju przez wiele lat rozwijała się znacznie wolniej niż innych państw Europy Zachodniej.

Poza Starym Kontynentem było tylko gorzej. Bilans rządów Mao Zedonga wyznaczają Rewolucja Kulturalna, upadek rolnictwa, głód i międzynarodowa izolacja. Podobny był rezultat dyktatury Ho Chi Minha w Wietnamie. Rządy Pol Pota, przywódcy Czerwonych Khmerów, zakończyły się, jak twierdzi wielu specjalistów, najskrajniejszą formą totalitaryzmu w dziejach ludzkości – szacuje się, że w okresie sprawowania przez nich władzy zginęło od 15 do 25 proc. obywateli Kambodży. Kolejnym przykładem może być północnokoreańska dyktatura rządzącej niemal od zakończenia II wojny światowej rodziny Kimów – Kim Ir Sena, jego syna Kim Dzong Ila oraz sprawującego władzę od 2011 roku Kim Dzong Una. W tym pochodzie jednowładców maszerują jeszcze afrykańscy dyktatorzy w rodzaju Idi Amina z Ugandy, Kadafiego z Libii, Mugabe w Zimbabwe, Omara al-Bashir w Sudanie, czy Baszszara Al-Asada w Syrii. Do tego trzeba dodać bilans rządów Fidela Castro na Kubie czy Than Shwe’a w Birmie. Lista jest oczywiście dłuższa. Najbliższy nam przykład, zupełnie niedawny, to autorytarne rządy Wojciecha Jaruzelskiego. Finał pamiętamy. Przynajmniej powinniśmy.

Ale nie chodzi tylko o dyktaturę, w każdym razie nie chodzi o nią w Europie. Trudno sobie wyobrazić, choć nie jest to całkowicie wykluczone, że mimo zmęczenia demokracją społeczeństwa zachodniej Europy pozwolą ją sobie odebrać. Ale przy dzisiejszych nastrojach, przy determinacji skrajnie prawicowych polityków, przy nadciągających problemach gospodarczych i społecznych, także w tamtej części Europy możliwe są „miękkie dyktatury”, okraszone demokratycznym sztafażem – parlamentem i partiami politycznymi. Coś na kształt Putinowskiej Rosji, choć z pewnością mniej restrykcyjne. Tym bardziej jest to możliwe w naszej części Starego Kontynentu. Obserwujemy to już od kilku lat na Węgrzech, w podobnym kierunku zmierza Polska.

 

DAŁ NAM PRZYKŁAD PUTIN

Rosja Władimira Putina daje wyobrażenie o skuteczności silnego przywództwa. Putin zasiadł na Kremlu w 1999 roku, obejmując władzę po Borysie Jelcynie. Zintegrował kraj, to prawda, ale ta integracja w niewielkim stopniu poprawiła sytuację. Bilans siedemnastu lat rządów byłego oficera KGB nie wygląda imponująco: rosyjska gospodarka należy do najsłabszych na świecie, jej struktura niewiele różni się od radzieckiej i cały czas jest oparta na eksporcie surowców naturalnych. Podobnie jak pod koniec lat dziewięćdziesiątych jej wielkość jest porównywalna z holenderską, a PKB per capita, czyli w przeliczeniu na jednego mieszkańca, jest niewiele wyższe niż w Gabonie, a znacznie niższe niż w Gwinei Równikowej.

Podobnie jak pod koniec lat dziewięćdziesiątych znaczna część działających w Rosji firm nieregularnie wypłaca swoim pracownikom pensje. Putin nie rozwiązał żadnego z wielkich problemów społecznych – gigantycznych nierówności w dochodach, alkoholizmu, kolosalnych różnic poziomu życia w poszczególnych regionach, wysokiej umieralności mężczyzn, niewyobrażalnej korupcji. Odizolował za to kraj od społeczności międzynarodowej, zabrał obywatelom Rosji poczucie podmiotowości i możliwość nieskrępowanego artykułowania swoich poglądów politycznych.

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, mimo wszystkich problemów, Rosja kroczyła drogą demokracji i miała szansę stać się krajem z normalnie funkcjonującym rynkiem. Oczywiście, ten proces trwałby długo, nawet kilka dziesiątków lat, ale za sprawą Władmira Putina Rosja z tej drogi zawróciła i kiedyś, po obaleniu dyktatury, będzie musiała rozpocząć marsz ku normalności od nowa. Z mniejszą już wiarą i pewnością osiągnięcia sukcesu. (...)

 

Więcej w październikowym numerze "Odry".