Nad ksiązkami
Odra 3/2017- Wojciech Browarny
Z BLISKIEGO WSCHODU
Moja Polska – moi Polacy. Eksploracje i obserwacje. Tłumaczył zespół autorski pod kierunkiem Anny Małgorzewicz, Tomasza Małyszka i Jacka Rzeszotnika. Redakcja Dieter Bingen, Marek Hałub, Mattias Weber. Wydawnictwo Akcent, Warszawa 2016, s. 344.
Antologia Moja Polska – moi Polacy. Eksploracje i obserwacje ukazała się w 2016 roku w dwóch krajach i językach. Niemiecka wersja jest oryginalna, ponieważ teksty powstały w tym języku, polską natomiast zawdzięczamy m.in. tłumaczom, którzy przełożyli ponad czterdzieści szkiców i wspomnień, nie licząc cytowanych utworów poetyckich. Jako polskojęzyczny czytelnik tej książki z uznaniem przyjmuję translatorską pracę całego zespołu.
Twórcami i pomysłodawcami tej antologii są trzej profesorowie, humaniści, którzy z racji zainteresowań naukowych oraz współpracy międzynarodowej zajmują się niemiecko-polskimi relacjami w polityce, historii i kulturze. Dieter Bingen jest dyrektorem Deutsches Polen-Institut w Darmstadt, politologiem i historykiem, autorem wielu publikacji o Polsce i Europie. Matthias Weber kieruje Federalnym Instytutem ds. Kultury i Historii Niemców w Europie Wschodniej w Oldenburgu, a jako specjalista od historii nowożytnej wiele swoich prac poświęcił przeszłości Śląska. Śląskoznawcą jest również Marek Hałub, który poza tym w Instytucie Filologii Germańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego prowadzi badania nad polsko-niemieckimi stosunkami kulturowymi. Warto dodać, że w roku 2016 prof. Hałub został uhonorowany Orderem Zasługi Republiki Federalnej, najwyższym niemieckim odznaczeniem cywilnym. Joachim Gauck, prezydent RFN, docenił nie tylko jego osiągnięcia naukowe, lecz także nieprzeciętny wkład w budowę porozumienia między Niemcami i Polską.
Autorzy tej książki otwarcie przyznają, że zainspirował ich Hubert Orłowski, który w 2009 roku opublikował antologię Moje Niemcy – moi Niemcy, fascynującą panoramę polskich spojrzeń na zachodniego sąsiada. Tom Orłowskiego zawiera wypowiedzi wybitnych naukowców i pisarzy, panorama Bingena, Hałuba i Webera jest jednak znacznie szersza, ponieważ obok badaczy i literatów znalazło się w niej miejsce dla duchownych, polityków, artystów i dziennikarzy, a także innych osobistości życia publicznego w Niemczech drugiej połowy XX i początku XXI wieku. Między tymi dwiema antologiami można postawić jeszcze trzecią, równie ważną i ciekawą. Hałub i Weber wydali też dwujęzyczny i dwutomowy zbiór szkiców Mój Śląsk – moi Ślązacy (2011–2014), w którym znani Niemcy, Polacy i Ślązacy opowiadają o tym regionie. Jeśli zestawić ze sobą te trzy książki, to powstanie nieformalna, lecz bardzo ciekawa seria, jak również wielostronny zapis interkulturowego dialogu między polską i niemiecką świadomością historyczną, literacką, polityczną lub religijną.
Miejscem, w którym skupia się najwięcej wątków tego dialogu, są oczywiście dawne niemieckie ziemie na wschodzie, czyli Pomorze Tylne, część Brandenburgii na prawym brzegu Odry, Mazury i Warmia, a przede wszystkim Śląsk. Na tych terenach urodzili się bowiem niektórzy autorzy wspomnianych antologii lub ich przodkowie. Na tych samych ziemiach osiedlili się ich następcy, pochodzący z różnych stron Europy Środkowej i Wschodniej. Historia i dziedzictwo tych regionów szczególnie dzieliły, ale i łączyły narody oraz mniejszości zamieszkujące w sercu kontynentu. Siedemdziesiąt lat po przymusowej zmianie granicy polsko-niemieckiej jesteśmy już najwyraźniej gotowi, żeby to trudne sąsiedztwo dobrowolnie przedstawiać z różnych perspektyw oraz dyskutować i opowiadać o nim otwarcie jak przystało na obywateli zjednoczonej Europy, a nierzadko też bliskich współpracowników i znajomych. Antologia Moja Polska – moi Polacy nie podsumowuje jeszcze tej dyskusji, ponieważ wiele zagadnień nadal czeka na wyjaśnienie i opisanie, lecz, by tak rzec, ustawia niemiecki głos w sprawach polskich, ogarniając całą jego skalę od tonu urzędowego po osobisty, od ujęcia naukowego po artystyczne bądź religijne, od perspektywy dalekiej i pełnej dystansu po faktycznie sąsiedzką.
W tomie nie brakuje wielkich nazwisk. Kilkoro z autorów napisało nie tylko szkice do tej książki, ale wręcz dzieje współczesnych Niemiec. Hans-Dietrich Genscher, Rüdiger Freiherr von Fritsch, Roman Herzog, Horst Köhler, Hans-Gert Pöttering, Rita Süssmund, Günter Verheugen i inne osobistości niemieckiej polityki wprowadzają do antologii atmosferę „salonów” europejskiej integracji. W ich rozważaniach o Polsce powraca obraz kraju, który zaskakująco sprawnie wkroczył na owe salony i odnalazł swoje miejsce w „rodzinnej Europie”, a jeszcze niedawno był równie daleki, ubogi i egzotyczny jak dzisiejsza Białoruś. Jednocześnie historyczno-polityczne doświadczenie każe im podejrzewać, że młoda polska demokracja nie jest odporna na autorytaryzm i populizm, które prostą drogą prowadzą do przemocy i waśni. Nazizm, Zagłada, masowe wypędzenia po 1945 roku i niemiecka wina, zimnowojenny podział kontynentu, Solidarność, Karol Wojtyła, Lech Wałęsa, Władysław Bartoszewski, Tadeusz Mazowiecki, Aleksander Kwaśniewski i Jarosław Kaczyński – oto główne rozdziały i postaci tej opowieści. Może jest to historia nieco konwencjonalna, gdyż pisana z perspektywy osób odpowiedzialnych za poprawne stosunki międzynarodowe i dyplomację największego państwa Unii Europejskiej, lecz zarazem oparta na znajomości mechanizmów społecznych, dalekowzroczna i rozsądna. Autorzy tomu Moja Polska – moi Polacy potrafią nie tylko pamiętać o przeszłości, ale też wyciągać z historii praktyczne wnioski na przyszłość. Nie muszę dodawać, komu w Polsce zalecam lekturę tej książki.
Agresja i nienawiść budzą niechęć lub opór. Na życzliwość i otwartość odpowiada się zwykle sympatią. Autorzy antologii z przyjaźnią i zainteresowaniem piszą o Polakach, dlatego jej czytelnik znajdzie zapewne wśród nich swoich ulubionych Niemców. Moimi nie są niemieccy politycy ani urzędnicy, chociaż cenię ich za profesjonalizm, którego często brakuje naszym, lecz pisarze i artyści, działacze społeczni, bohaterowie drugiego planu historii. Ulrike Draesner lubię za to, że mój realny Śląsk mogę w jej szkicu porównać z utraconą „baśniową krainą”, która przetrwała w rodzinnych opowieściach i fantazjach pisarki. Jestem „jej Polakiem”, gdyż tak samo jak jej babcia jadam śląskie niebo i wigilijnego karpia. Nasze języki i historie narodowe – pisze Draesner – dzielą nas, ale przestrzeń, którą zamieszkujemy, wraz z tradycjami, które w niej odnajdujemy – łączy nas. Ta przestrzeń łączy od niespełna trzech dekad. Dietmar Woidke, który dorastał w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego wieku na Łużycach – niemal u stóp nadnysiańskiej grobli, opisuje wschodnioniemieckie doświadczenie życia na przygraniczu. Lubię go za to, że pewnej październikowej nocy 1981 roku jako przerażony poborowy w Armii Ludowej NRD, uzbrojony w kałasznikowa z ostrą amunicją, czuł, że tylko krok dzieli go od powtórzenia losu dziadka, który był świadkiem okrucieństw drugiej wojny światowej. Jestem „jego Polakiem”, gdyż tak jak Woidke odczuwam ulgę, że nie musiałem uczestniczyć w konfliktach zbrojnych, czystkach i wypędzeniach, a także pretensję do demiurgów nowoczesnej historii, że moi przodkowie nie mieli tyle szczęścia. A może mieli go więcej niż ich rówieśnicy w NRD? Markus Meckel przypomina, że mieszkaniec Niemiec wschodnich mógł się w Polsce lat siedemdziesiątych XX wieku wręcz zachłysnąć wolnością, korzystając z bogatego oraz różnorodnego życia intelektualnego i kulturalnego. Jestem „jego Polakiem”, ponieważ jak każdy mieszkaniec Europy Środkowej dobrze rozumiem względność poczucia wolności.
Antologia Moja Polska – moi Polacy prezentuje europejski i demokratyczny punkt widzenia stosunków polsko-niemieckich, zarówno w wymiarze wielkiej polityki, jak i kontaktów prywatnych. Nie zawsze jest to pasjonujące, zawsze stosowne i eleganckie. Ciekawe jest natomiast krzyżowanie się różnych wewnątrzniemieckich perspektyw patrzenia na Polskę i Polaków w XX wieku. Katolicy doceniają list biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku, luteranie przypominają natomiast o kilka miesięcy wcześniejsze ewangelickie „memorandum wschodnie”, a także sformułowane w duchu pojednania przesłanie „do młodzieży narodu polskiego” z 1947 roku. Autorzy pochodzący z NRD uważają PRL za oazę wolności w bloku socjalistycznym, mieszkańcy Niemiec zachodnich piszą częściej o peryferyjnym i mrocznym kraju. Chadecy z atencją wspominają Mazowieckiego i Bartoszewskiego, lewica woli robotniczą i związkową pierwszą Solidarność. Niektórzy potomkowie wypędzonych z Pomorza, Prus lub Śląska ciągle pielęgnują w sobie utracony Heimat przodków, co jako wrocławianin oczywiście rozumiem, ale Nadreńczycy lub Bawarczycy bez wschodnich korzeni przekonująco wyjaśniają, że można interesować się krajem za Odrą z wielu innych powodów. Rację mają pewnie ci, którzy piszą, że nie ma jednej Polski, a naród polski, podobnie jak każda inna zbiorowość, składa się przecież z konkretnych osób.
„Nasi Niemcy” świetnie orientują się w przeszłości Polski oraz obecnej sytuacji nad Odrą i Wisłą. Nie tylko dostrzegają spektakularne zwroty polityczne ostatnich kilkunastu miesięcy, lecz dyskretnie i wnikliwie diagnozują również głębokie przemiany zachodzące w XXI wieku w polskiej kulturze i społeczeństwie. Empatycznie pojmują lęki narodu, który tracił i odzyskiwał z niemałym trudem suwerenne państwo, marząc jednocześnie o roli hegemona na rozległych obszarach Międzymorza. Tak dobrze rozumieją Polskę, ponieważ ją znają, ale także dlatego, że jeszcze lepiej znają Niemcy i ich „długą drogę na Zachód”. Twórcy tej antologii nie stawiają przed nami lustra, tworzącego mentorskie odbicie polskiej rzeczywistości. Na obraz Polski i Polaków w oczach Karla Schlögela, Volkera Schlöndorffa czy kardynała Karla Lehmanna nakłada się bowiem niemiecka świadomość historyczna, która wykracza poza granice narodowej pamięci, i wizja wspólnej Europy z udziałem naszego kraju, która zaprzecza tradycyjnym roszczeniom Niemiec wobec słabszego sąsiada. Autorzy tekstów zebranych w tomie Moja Polska – moi Polacy bynajmniej nas nie pouczają, tłumacząc raczej, czego nauczyła ich zawiła historia relacji polsko-niemieckich. Chętnie dzielą się swoim europejskim doświadczeniem, ale wynikające z niego wnioski musimy wyciągnąć sami.
Wojciech Browarny
Odra 10/2016 - Jacek Gutorow
KRUCHE NACZYNIE WIERSZA
Wit Pietrzak: Ostrożnie, poezja. Szkice o współczesnej poezji anglojęzycznej. Wydawnictwo Universitas, Kraków 2015, s. 268.
Ostrożnie, poezja. Czy można dzisiaj zatytułować książkę krytycznoliteracką w tak bezpretensjonalny i staroświecki sposób? Na moje ucho coraz mniej jest krytyków czytających wiersze bez uprzedzeń i własnych oczekiwań co do tego, jaki i czym powinien być tekst poetycki. Jesteśmy otoczeni krytyką interwencyjną, projektującą i „uświatowioną” (w sensie, jaki słowu worldliness nadał Edward Said), w myśl której wiersz powinien być dowodem w sporze o świat, a w każdym razie czymś więcej niż tylko wierszem. Jasne, taka krytyka też jest potrzebna. Interpretacyjne konteksty bądź narracje krytyczne (na przykład stanowisko polityczne albo w ogóle przekonanie o politycznym wymiarze sztuki, tudzież próba wyciągnięcia z poezji momentu etycznego albo emancypacyjnego) mają znaczenie; często nie sposób ich pominąć, czasami niepodobna się z nimi nie utożsamiać. Trudno jednak zaprzeczyć, że w ten sposób traktujemy wiersze w sposób instrumentalny, choćby bezwiednie. Piszę o tym, mając świadomość, że mniej lub bardziej zawoalowana programowość to w tej chwili dominująca strategia krytyczna. Taki czas, powie ktoś. Żyjemy w politycznym świecie, jak śpiewa Bob Dylan, i każde nasze słowo, każdy nasz gest nabierają charakteru politycznego, czy tego chcemy, czy nie. Interpretacja wiersza staje się zajęciem wymagającym opowiedzenia się po tej czy innej stronie, zajęcia wyraźnego stanowiska, głośnej artykulacji i wentylacji prawd.
Nie żeby Witowi Pietrzakowi obca była idea interpretacji programowej. Sądzę jednak, że znacznie bliższa mu jest wizja krytyki przedkładającej wiersz ponad wszystko inne, usiłującej odnaleźć się w granicach tekstu poetyckiego, nie zaś poza nimi. Świetnie widać to w jego najnowszej (czwartej, jeśli dobrze liczę) książce, gdzie poezję traktuje się nie jako punkt odbicia, lecz dobrą okazję do poznania innych języków mówienia o świecie, wspólnocie czy kondycji ludzkiej. Znamienne, że książkę otwiera wstęp zatytułowany Tradycja rozmowy, a w nim słowa mówiące o nieuchwytnej i niedefiniowalnej poezji. Można oczywiście przekonująco dowodzić, że tego rodzaju stanowisko też jest programem. Tak czy inaczej, wydaje się, że w naszym zideologizowanym i upolitycznionym świecie oderwany, niezaangażowany gest to coraz rzadszy motyl. Szkoda. Chciałoby się, aby krytycy towarzyszący poezji nie używali ciągle wierszy jako argumentów w sprawie, aby dostrzegli w nich poezję, a nie przedmioty teoretycznej spekulacji.
Zbiór podzielony jest na dwie części. Na część pierwszą, zatytułowaną Drogi modernizmu, składa się osiem szkiców o charakterze na poły monograficznym, dających nam wgląd w skomplikowany proces powstawania i rozwoju estetyki anglosaskiego modernizmu, od wczesnych (przełom XIX i XX wieku) wypowiedzi krytycznych W.B. Yeatsa po publikowane w ostatnich kilkunastu latach tomy Petera Gizziego, jednego z ciekawszych poetów amerykańskich ostatnich lat (szczęśliwie spolszczonych przez Kacpra Bartczaka i Andrzeja Sosnowskiego). Sekwencja jest spójna, krytyczna argumentacja konsekwentna i przekonująca. Nawiasem mówiąc, Pietrzak jest w tej chwili jednym z kilku najlepszych polskich komentatorów dzieła Yeatsa, a trzy pomieszczone w książce interpretacje tego poety to nieomal wzorcowe odczytania krytycznoliterackie. Autor ciekawie rozwija wątek transformacji i przewartościowań w anglosaskiej poezji modernistycznej, rozpoczynając od twórców uznawanych za kanonicznych (oprócz Yeatsa są to Pound i Auden), kończąc zaś na twórczości poetów z powodzeniem przełamujących modernistyczny paradygmat – myślę tu o tekstach poświęconych J.H. Prynne’owi i Gizziemu. Konstelacja nazwisk nieoczywista, za to przekonująco przedstawiona. Krytykowi udało się połączyć poszczególne wątki i odczytania w nader spójny wywód, w którym zarysowana została jedna z możliwych genealogii i linii rozwojowych wysokiego modernizmu spod znaku Yeatsa, Eliota i Stevensa.
Druga część książki, zatytułowana Mozaiki, zawiera sześć krótszych szkiców. Teksty te to kompetentne przykłady krytyki tematycznej i komparatystycznej, a także propozycje detalicznej, nieuprzedzonej interpretacji pojedynczych tekstów poetyckich. Tę ostatnią umiejętność Pietrzak posiadł w stopniu, który powinien zadowolić każdego czytelnika. Nie stroni się tu bynajmniej od informacji o kontekstach biograficznych, kulturowych i intelektualnych. Przede wszystkim jednak jesteśmy świadkami rzetelnej pracy analitycznej i porównawczej. W poszczególnych szkicach łódzki badacz zestawia dwa lub trzy wiersze różnych poetów pod kątem wybranego motywu (części garderoby, przekleństwa, tropy autobiograficzne, i tak dalej), a następnie przeprowadza ich szczegółową, precyzyjną i przyjemnie nieszablonową interpretację. Sporo w tych szkicach luzu i miejsca na marginesach. Często przenika je klimat krytycznoliterackiej zabawy (w dobrym smaku), wszystko zaś w poetyce mozaikowej, konfrontującej różne punkty widzenia i otwartej na odmienne pomysły interpretacyjne i strategie obchodzenia się z wierszem.
Książce Ostrożnie, poezja najbliżej chyba do opublikowanego przez Pietrzaka w 2012 roku niewielkiego tomu szkiców Życie po życiu, który zawierał osiem szkiców o dwudziestowiecznej poezji polskiej i anglosaskiej. W obu przypadkach mamy do czynienia z konwencją eseistyczną, pozwalającą mieszać rejestry językowe i zestawiać ze sobą zjawiska nader odmienne. Pietrzak daje nam frapującą lekcję poezji modernistycznej (wyraźnie przy tym nawiązując do swojego wcześniejszego studium Myth, Language and Tradition. A Study of Yeats, Stevens and Eliot in the Context of Heidegger’s Search for Being), tudzież rozwija oryginalną interpretację twórczości J.H. Prynne’a, ważnego i wciąż niedocenianego przedstawiciela brytyjskiej awangardy literackiej ostatniego półwiecza (to z kolei echo monografii Levity of Design. Man and Modernity in the Poetry of J.H. Prynne z 2014 roku). Efektem tych działań są teksty kompetentne, choć niejednokrotnie gęste i wymagające od czytelnika wejścia w świat współczesnych dyskusji nad miejscem, statusem i prawomocnością tak literatury, jak i towarzyszącej jej krytyki literackiej. Z drugiej strony Pietrzaka interesuje także krytyka towarzysząca, świadomie podejmująca wysiłek popularyzowania zjawisk literackich, oparta na pragmatycznej interpretacji tekstu. Ale nie tylko taka! Zresztą nawet w tekstach o zapędach perswazyjnych łódzkiemu krytykowi udaje się zachować złożoność, paradoksalność i aporetyczność analizowanych wierszy. To bardzo dużo.
Książkę Pietrzaka czytałem z radością i ulgą. Radością wynikającą z podążania wraz z autorem ścieżką wyznaczaną przez wiersz i tylko wiersz (chodzi również o szacunek dla poety). Ulgą, bo najwyraźniej istnieją jeszcze krytycy dający przywilej językowi, nie zaś naszym konceptom co do tego, czym powinien być wiersz, jaka poezja lepiej służy sprawie, jakich poetów należy nagradzać, etc. Jak miło odkryć, że celem analiz nie jest ekspozycja własnych przekonań teoretycznych i krytycznoliterackich. Wreszcie: to szkice w ścisłym znaczeniu tego słowa, to znaczy próby zmierzenia się z tekstami literackimi. Nacisk pada na roboczy charakter interpretacji. Autora nie interesują sądy syntetyczne, stara się też unikać konwencji polemicznej, choć nerw polemiczny jest wyczuwalny. Pietrzak chce po prostu przedstawić wiarygodne portrety ulubionych poetów (w części pierwszej), tudzież nieuprzedzone interpretacje ulubionych tekstów poetyckich (w części drugiej). Udaje mu się to, myślę, znakomicie. Ostrożnie, poezja to apologia krytyki powściągliwej, a jednocześnie otwartej. Autor pisze na marginesie jednego z wierszy Paula Muldoona: Na granicy pomiędzy chaosem a porządkiem, między strachem a samotnością otwiera się przestrzeń poezji: głosu inności inność ubezpieczającego. Wyczuwalny w tych sformułowaniach szacunek dla wiersza przenika całą książkę. Czegóż chcieć więcej?
Jacek Gutorow
Odra 9/ 2016 - Jan Miodek
Kto jeszcze takie listy umiałby pisać?
Na początku Kunstmann wymyślił sobie Kulmową... Heinrich Kunstmann – Joanna Kulmowa. Listy 1966‒2009. Przekład Marek Zybura. Opracowanie i przedmowa Urszula Chęcińska i Marek Zybura. Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego, Szczecin 2016, s. 353.
Przygotowane do druku przez Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego listy Joanny Kulmowej do Heinricha Kunstmanna i Heinricha Kunstmanna do Joanny Kulmowej uznaję za wspaniałe przedsięwzięcie. Wielka to zasługa prof. Urszuli Chęcińskiej, najwybitniejszej i najwszechstronniejszej badaczki twórczości Kulmowej, że i ten obszar dokonań pisarki tyle lat związanej ze szczecińskimi okolicami ocala w ten sposób od zapomnienia, od przepadnięcia w przyszłości. Ogromne też uznanie wyrażam prof. Markowi Zyburze, współautorowi opracowania i przedmowy, który z filologiczną maestrią czuwał nad całością językowych relacji niemiecko-polskich tego dokonania. Oboje przyczynili się do nadania stricte literackiego kształtu korespondencji Polki i Niemca. Bo nie mam najmniejszych wątpliwości, że mamy tutaj do czynienia z prozą artystyczną o wyjątkowej urodzie językowej, nie waham się powiedzieć, że z prozą wykwintną – z najnowszą historią Europy, Polski i Niemiec lat 1966‒2009 w tle i – nomen omen – z prozą życia rodzin Kulmów i Kunstmannów, z ich radościami, sukcesami, podróżami, zmartwieniami, chorobami ludzi i zwierząt, na śmierci Heinricha Kunstmanna kończąc.
W czasie lektury tych listów miałem nieustanne skojarzenia z innymi zbiorami epistolarnymi – na przykład rodziny Zbigniewa Herberta, Witkacego, Jerzego Giedroycia, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Thomasa Mertona… Skojarzenia wywołane tym samym – najwyższym – formatem intelektualnym, klasą, elegancją, etosem inteligenckim i wynikającymi z niego powinnościami społecznymi, podkreśloną już wyżej urodą języka, lekkością, kapitalnym poczuciem humoru, paneuropejskim kulturowo-erudycyjnym zapleczem. To ostatnie sprawia, że Kulmowa i Kunstmann „nadają na tych samych falach”, że rozumieją się bez słów – chciałoby się powiedzieć – mimo udokumentowanego zapisu tej empatii.
Wydając tę korespondencję, Wydawnictwo Uniwersytetu Szczecińskiego ocaliło intelektualno-literackie wartości, które odchodzą nieubłaganie w przeszłość, a może już odeszły… Bo kto dziś jeszcze takie listy umiałby pisać? – pytam melancholijnie.
Niezwykle ważne jest i to, że napisali je Polka i Niemiec. Oboje – takie mam odczucia – pokazują w tej korespondencji wszystko to, co w nich najlepsze: ona – swoją zadziwiającą lekkość pióra, słowotwórcze pomysły, humor, czasem kobieco-polskie roztrzepanie, absolutną szczerość, on – niemiecką niezawodność, akuratność, ale i typową u znanych mi Niemców wzruszającą wierność w przyjaźni, czułość, empatię wobec trudnych polskich losów, wyrozumiałość. Ta korespondencja więc to także kawał najnowszej, normalniejącej historii międzyludzkich stosunków polsko-niemieckich, normalniejących, owszem – wzorcowych!, dzięki takim osobowościom, jak Joanna i Jan Kulmowie oraz Gertruda i Heinrich Kunstmannowie. W wymiarze polskim to także kawał fascynującej historii naszego kraju ostatnich lat, lat transformacji ustrojowej, lat nadziei i rozczarowań, wzniosłości i ludzkiej małości, widzianej i opisywanej nie tylko z polskiej perspektywy, ale i niemieckiej, co dodaje tym opisom merytorycznej, obiektywnej wartości.
Wyznam dlatego na koniec tych ogólnych uwag, że Na początku Kunstmann wymyślił sobie Kulmową... przeczytałem prawie jednym tchem, że była to lektura fascynująca od pierwszej do ostatniej strony, bezdyskusyjnie wartościowa od strony poznawczej, przynosząca ponadto wyjątkową satysfakcję intelektualno-estetyczną.
Wszystko to zaś sprawia, że wróżę temu dokonaniu – nawet w smutnych czasach powszechnego odchodzenia od książki (zwłaszcza w Polsce, niestety!) – czytelniczy sukces i komunikacyjny obieg.
Jan Miodek
Odra 9/ 2016 - Mieczysław Orski
NIE BĘDZIE POLSKO-NIEMIECKIEJ WSPÓLNOTY…
Magdalena Parys: Biała Rika. Znak, litera nova, Kraków 2016, s. 300.
Magdalena Parys dołączyła do grupy polskich pisarzy, którzy po ucieczce w młodym wieku z Polski – najczęściej w następstwie kryzysu politycznego i kulturowego spowodowanego decyzją ogłoszonego w 1981 roku stanu wojennego – zakotwiczyli w Niemczech, na ogół w Berlinie, choć i Hamburgu czy Bremie. Tam rozpoczęli swe zajęcia twórcze i kontynuują je nadal, i to ze sporym powodzeniem, choć wydają swe nowe książki głównie w Polsce. Co ciekawe i godne uwagi, kilkoro spośród nich związanych jest z mniej liczącym się wcześniej w Polsce jako ośrodek prozy Szczecinem (kiedyś słynącym raczej jako miasto poetów); a wszyscy oni podtrzymują swoje związki z tym miastem – i w formie osobistych kontaktów, i wprowadzając je na karty swoich utworów. Tę grupę prozaików, spośród których znaczące tomy opowiadań i powieści (choć mało docenione we wciąż „scentralizowanej” literacko Polsce) wydali ostatnio m.in. Brygida Helbig i Krzysztof Niewrzęda, zasiliła niedawno Magdalena Parys, urodzona w Gdańsku mieszkanka Berlina, mocno akcentująca swe powiązania ze Szczecinem, czemu świadectwo daje najnowsza jej powieść Biała Rika, bazująca na autobiograficznym materiale.
W pierwszych prasowych omówieniach tej powieści – trzeciej w dorobku Parys – zwracano uwagę na familijno-fantazyjny charakter jej treści, a także na wyraźne skojarzenie losów bohaterki oraz dziejów jej rodzinnego otoczenia z perypetiami autorki. Z podawanych wcześniej przy okazji wydania poprzednich dwu jej powieści dość ogólnikowych not biograficznych dowiadywaliśmy się, że w wieku lat dwunastu Magdalena Parys wyemigrowała wraz z częścią rodziny z Gdańska na Zachód, że spędziła sporą część swojego życia w Berlinie Zachodnim, gdzie ukończyła pedagogikę oraz polonistykę na Uniwersytecie Humboldta, że tam uprawia twórczość. Jak się okazuje, z powodzeniem, o czym świadczy fakt, że jej poprzednia powieść (świetna) Magik uzyskała w ubiegłym roku w Londynie zaszczytną Europejską Nagrodę Literacką. Biała Rika w żadnej mierze nie jest kontynuacją ani Magika, ani debiutanckiego Tunelu; jak się dowiadujemy, była ona owocem namów otoczenia pisarki, by zmierzyła się bezpośrednio z tematem swojej niezwykłej historii życia (Ktoś wpadł na pomysł, że to, co mu kiedyś opowiedziałam, to dobry materiał na książkę…). Trudno jednak ocenić, do jakiego stopnia i w jakiej części mamy tu do czynienia z ową pożądaną przez owego Kogoś prawdą, a w jakim z fantazją. W dodanym na końcu słowie odautorskim Parys co prawda podkreśla, że starała się w swej fabule zmyślać, ile wlezie, ale za chwilę dodaje, że do napisania Riki zainspirowała ją prawdziwa historia… Tyle że ta historia o dwóch rodzinach bardzo luźno powiązanych z sobą – z których jedna, ta właściwa, z której wywodzi się babcia Dagmary Ruth zwana Riką, jest w gruncie rzeczy, jak to się mówi, „przyszywana”, a druga, która wydała Dagmarę, jest prawie w treści nieobecna – zdaje się tu zmyślona rzeczywiście „ile wlezie”… A jest do bólu prawdziwa. Jeżeli dołączymy do tego drzewa-niedrzewa familijnego Dagmary jeszcze historię jej „nietaty” (o rzeczywistym tacie pozostawionym w Gdańsku po rozwodzie przez matkę bohaterki niewiele z książki się dowiemy), a zwłaszcza jej dziadka Karola, który jako przymusowy polski robotnik uciekł z Hamburga do wyzwolonego po roku 1945 Szczecina z jej babką Riką, czyli ówczesną Ruth (… z Niemką do miasta, z którego właśnie wyrzucano wszystkich Niemców…!), to zaczniemy mieć kłopoty z identyfikacją genealogiczną tych wojennych i powojennych zaszłości. Dziadek Karol umrze w Szczecinie w roku 1986 i nie doczeka się ewentualnego odszkodowania za pracę w Niemczech u swojego przyszłego teścia Maksymiliana Korna, tyle że największym jego wynagrodzeniem za krzywdę będzie właśnie Ruth-Rika, wybrana przez niego jedna z dwóch córek Maksymiliana – bo była też Gerda, którą Karol kochał podobnie płomienną miłością. Trudno wchodzić w te wszystkie zawiłości, a jest przecież i wiele innych (próbując je nam wyjaśnić, narratorka co jakiś czas rysuje po kolejnych segmentach akcji gałęzie drzewa genealogicznego Dagmary); w każdym razie mimo tych wszelakich związków – nie będzie polsko-niemieckiej wspólnoty, fundacji i związków rodziny Kornów. Dzieci i wnuki Ruth i Karola nie poznają dziadka Maksymiliana Korna ani Karoliny, ani cioci Gerdzi – ciotecznej babci. Nie poznają też rodziny Karola. Rodzina zginęła. Matka Karola spaliła się żywcem, gdy bomba trafiła w kamienicę. Ojca rozstrzelano, została po nim na Mokotowie plama na murku…
W obydwu poprzednich książkach Parys nie nawiązywała co prawda bezpośrednio do własnych przeżyć – ale wiele jej doświadczeń i obserwacji z lat polskiej młodości i czasów spędzonych za berlińskim murem znajduje odzwierciedlenie w fabułach i ich merytorycznym uzasadnieniu w obu książkach. Tunel żywo rozwija kompleksową, sugestywnie odmalowaną panoramę losów ludzkich na szeroko zakrojonym tle przemian dziejowych społeczeństw niemieckiego i polskiego w końcówce ubiegłego wieku. Wiele postaci przewijających się tu w kilku wątkach ma polskie korzenie; wywodzą się one najczęściej z dawnych niemieckich obszarów Pomorza lub Wolnego Miasta Gdańska albo co najmniej cechują się jakimiś słowiańskimi powinowactwami. Tło dziejowe staje się tu punktem odniesień i inspiracji dla narratora snującego swą opowieść, która jednak, w zaskakujący sposób, w trakcie rozwoju akcji ewoluuje coraz wyraźniej ku konwencji thrillera politycznego. W Magiku, imponującym perfekcyjnie poprowadzoną narracją w stylu thrillera, znakomicie wykorzystanymi narzędziami suspensu, retardacji itp., akcja rozgrywa się na żywo co prawda w rzeczywistości niemieckiej już po roku 1990, ale większość jej wątków wiąże się także z zaszłościami dziejowymi. Głównie tymi, które poprzedzały wielką rewolucję „aksamitną” w krajach bloku wschodniego (nie tylko więc NRD i Polska, ale i Czechosłowacja, Bułgaria znajdują się tu w centrum uwagi) – i które rzutują dalej na teraźniejszy stan, powiedzmy delikatnie, nie najlepszej demokracji w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Wprawdzie uwadze narratora podlegają przede wszystkim utajeni postkomuniści i postagenci byłej NRD i Bułgarii, ale różne wątki bogatej powieściowej intrygi polityczno-kryminalnej dotyczą całej wspólnoty dawnych sojuszników tej części Europy. Treść odnosi się do, jak dowodzi narrator, najsprawniej organizowanych przez służby specjalne eliminacji dysydentów w końcówce XX wieku, nad którymi czuwał inspirator i koordynator całej akcji, Christian Schlangenberger, najbardziej czarny charakter Magika, ukrywający swoją przeszłość agenturalną w NRD prominentny, wpływowy we wschodnich landach RFN polityk.
Treść i forma Białej Riki, jak zauważyłem, mocno odbiega od koncepcji i stylu dotychczasowych powieści Parys – ale i tu wyczuwalne są podobne intencje autorskie. Mianowicie przede wszystkim zamysł wyrażenia tego, co się przeżyło na styku historii dwóch państw i dziejów dwóch rodzin – czyli spisania w kształcie artystycznym konkretnej, nie podręcznikowej, prawdy czasów, które dalej odgrywają ważną rolę w życiu Dagmary (zatem i autorki) i żyjących członków jej rodziny. Nowych odcieni nabierają dzięki temu niektóre elementy historii narodów polskiego i niemieckiego – te żywe w naszej zbiorowej pamięci i w konkretnych konsekwencjach, a do tej pory skromnie i dość przypadkowo opisane w naszej prozie XXI wieku.
Mieczysław Orski
Odra 12/2015-Jacek Łukasiewicz
MŁODY PARNICKI
Teodor Parnicki: Trzy minuty po trzeciej, Powieść egzotyczno-sensacyjna, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2015, s. 358 + 38 nlb. (zawierające ilustracje).
– No, panowie – rzekł Gusiew i dziki uśmiech ukazał się na jego wycieńczonej chorobą, upiornej niemal twarzy. – Tak pisał młody Parnicki, przedstawiając fanatycznego agenta GPU, a jego powieść Trzy minuty po trzeciej drukowana we „Lwowskim Kurierze Porannym” pomiędzy lipcem a grudniem 1929 roku, pisana dla zarobku, z odcinka na odcinek – właśnie po raz pierwszy się ukazała w książkowej edycji. Akcja toczy się w roku 1927 w Mandżurii, Chinach i Związku Sowieckim. Czegóż tu nie ma. Jest japoński sąd kapturowy, zamaskowani sędziowie rzucający sztylety. Są tajemnicze lochy i zapadnie. Walka wywiadów. Jest sentymentalny, łzawy obrazek, jak z Rodziewiczówny. Ale też są psychologiczne złożone (choć tylko naszkicowane) postacie kobiece. Jest wielka polityka – konkurencja Japonii, Chin i ZSRR o opanowanie kolei wschodnio-chińskiej. Biali rosyjscy emigranci, walczący niedawno pod Kołczakiem i Denikinem, służą jako najemnicy w „oddziałach pomocniczych” w armiach mandżurskiej (wspieranej przez Japończyków) i chińskiej, czekając na sposobną chwilę, by wrócić i walczyć w ojczyźnie. Są krwawe zbrodnie bolszewików. Portrety komunistycznych fanatyków oraz udających fanatyzm oportunistów. Ale także mamy sceny batalistyczne, bitwy potyczki, kalki to z Sienkiewicza czy Ałdanowa. Są skomplikowane intrygi szpiegowskie. Stylistyczne wpadki i stylistyczne błyski. Opisy Harbina, wówczas „Paryża Dalekiego Wschodu” oraz sowieckiego Władywostoku, który Teodor Parnicki poznał był wcześniej jako dziecko w szkole kadetów. Klasztor buddyjski i dancing w Szanghaju, gdzie tańczy się w rytmie modnego „cza-cza-cza”. Sobowtóry i happy-end, jak należy, piękna, uboga i cnotliwa pieśniarka Tanieczka z białym oficerem Flaginem biorą ślub w harbińskim prawosławnym soborze św. Mikołaja...
Wszystko to w tej gazetowej powieści, pisanej bez dystansu, szczerze szczerością młodego ambitnego człowieka, który chciał tu wykorzystać swoją wiedzę, zdolności, umiejętność czerpania z różnych konwencji i rozwiązań stylistycznych. A jednocześnie swoje doświadczenia (dla czytelników gazety egzotyczne), znajomość Mandżurii, Harbina, w którym dorastał. W postaci pięknego blondyna, Flagina, odważnego, czułego na kobiece wdzięki „białego” oficera stworzył rodzaj autoportretu z marzeń. Flagin po ślubie z Tanieczką za japońskie pieniądze (nagrodę za odbicie tajnych dokumentów) kupił hacjendę w Argentynie i żył szczęśliwie, lecz gdy tylko dowiedział się o możliwości walki na Dalekim Wschodzie, która mogła dopomóc w odebraniu komunistom władzy w Rosji, bez wahania rzuca rodzinne szczęście, i spieszy na front, jak spieszył pan Wołodyjowski. Takie musiały być marzenia małego Teodora, wojennego dziecka, kształconego na wojskowego, który, tak jak jego rosyjscy rówieśnicy, zazdrościł starszym od siebie, że mogli z bronią w ręku walczyć chwalebnie. A potem przyszło polskie gimnazjum, przemiany tożsamości narodowej, Sienkiewicz, Słowacki, studia we Lwowie.
Wszystko jeszcze mogło się wydarzyć. I, jak wiemy, wydarzyło się, zarówno w polityce światowej, jak i w losie Parnickiego, przyszłego sowieckiego więźnia, a potem na krótko –układ jałtański to sprawił – polskiego dyplomaty. Po Harbinie i Lwowie nastąpił pobyt w Mieście Meksyk. Wiele wydarzyło się też w losach Parnickiego-pisarza, który tworzył swoje splecione z wielu wątków ogromne dzieło przez wiele lat, aż do samej śmierci, chcąc w nim objąć tyle, ile się da, jeśli nie – wciąż rozszerzające się, umykające – wszystko.
Powieść Trzy minuty po trzeciej zapewne można czytać dla niej samej, poczuć się w trakcie lektury, jak na nieco staroświeckim filmie kina akcji. Można powieść tę przecenić albo też nie docenić, odrzucając ją jako szmirę. Ktoś, kto po lekturze tej sensacyjno-egzotycznej powieści sięgnie po którąś z następnych tego autora, dajmy na to po Nową baśń czy Muzę dalekiej podróży, będzie całkiem zdezorientowany i po paru stronach zaprzestanie lektury. A może nie zaprzestanie i ta sensacyjno-egzotyczna powieść posłuży mu jako wprowadzenie do trudnego dzieła?
W dojrzałych powieściach jej autora nie znajdziemy już batalistyki; żołnierski duch w nim nie zagości. Nie będzie sentymentalnych obrazków ani opisów wnętrz, pejzaży, zabraknie rodzajowych wielkomiejskich scenek czy zewnętrznych opisów postaci. Zostaną niektóre motywy czy obsesje, jak fascynacja bosymi kobiecymi stopami. Zostaną złożone psychologiczne portrety kobiet i mężczyzn (ich zadatki znalazły się w debiutanckiej powieści), ukazywane w fabularnych uwikłaniach, przy zawsze wątpliwej tożsamości tych postaci. Zostaną skomplikowane intrygi polityczne, tajemniczość osób, maski i role. Zostanie walka wywiadów, zmowy i spiski. Są w Trzech minutach po trzeciej także stereotypy rasowe (np. wszyscy żółci Chińczycy są z natury tchórzliwi, wszyscy zaś rosyjscy „biali” są odważni i waleczni. Wystarczy ich kilkudziesięciu na to, by wielotysięczna armia zmieniła swój charakter i mogła przeciwstawić się jeszcze większym siłom nieprzyjaciela). Ale już w tej pierwszej powieści pojawia się w tle postać mieszańca, która potem zawładnie sercem i umysłem pisarza. Badane będą wielkie ponadnarodowe wspólnoty: pax romana, średniowieczne papiestwo, wreszcie międzynarodowe porozumienie klerków, intelektualistów ponad podziałami. Ta ostatnia idea okazała się chyba najtrwalsza. Jest wreszcie jeszcze – na prawach literackiej fikcji – ogromna międzynarodowa wspólnota, jaką ma stworzyć własna historyczna, globalna narracja rozłożona na łączące się między sobą cykle powieściowe. Szybką akcję zastąpi zwolnione tempo rozlicznych dysput (potem także „międzyepokowych”), wewnętrznych monologów, dialogów, konfrontowanie sprzecznych racji. Świat przedstawiony przestanie być jasny, a czytelnicy zostaną w ów niejasny świat wciągnięci, aby wraz z „naczelnym narratorem” w owym niezmiernie skomplikowanym świecie, zawsze gorliwie i zawsze daremnie, starać się jasność odnaleźć.
Jest jednak w sensacyjnej narracji debiutanckiej powieści coś istotnego, co potem nie zostanie podjęte: to, co dzieje się w tamtej współczesności, a nie przeszłości, na którą już nie mamy wpływu. Wielka bieżąca polityka, sojusze i nadzieje ogarniające powieściowych bohaterów, autora i czytelników. Jeszcze wtedy Czang Kai Szek był sojusznikiem Sowietów. Japonia w Mandżurii powstrzymywała południowo-chińskie dążenia. Stany Zjednoczone szukały swojej strefy wpływów. Kształtował się nowy globalny układ. I owo ciśnienie, doświadczane także przez młodego autora, w tej powieści się czuje. Globalny układ, jak przekonaliśmy się w ciągu minionych od pierwodruku Trzech minut po trzeciej lat – obfitych w konflikty z II wojną światową na czele – zawsze powstaje, nigdy się nie ustala. Kiedy piszę tę recenzję, wielkie i nowoczesne chińskie okręty wojenne z pierwszą, kurtuazyjną wizytą właśnie zawinęły do portu w Gdyni.
Powieść Trzy minuty po trzeciej została świetnie wydana. Kompetentny, niedługi i przejrzysty wstęp, potrzebne czytelnikowi przypisy wyjaśniające polityczne realia, wreszcie kilkadziesiąt fotografii ze „zbiorów mandżurskich” w Książnicy Pomorskiej zawdzięczamy badaczowi twórczości Teodora Parnickiego, Tomaszowi Markiewce; Tomaszowi Lecowi zaś prawdziwie znakomite opracowanie graficzne.
Wyszedł dziennik pisarza (pisany w latach osiemdziesiątych), tomy jego korespondencji. Oficyna Noir sur Blanc wcześniej wydała pozostawione w rękopisach Opowieść o trzech metysach oraz niedokończoną Ostatnią powieść, teraz zaś starannie i pięknie opublikowała początek powieściowych dzieł Parnickiego. Czy jednak inne jego utwory, zwłaszcza główne cykle powieściowe coraz mniej dostępne – doczekają się reedycji?
Jacek Łukasiewicz
Odra 9/2015 - Radosław Wiśniewski
Radosław Wiśniewski
NA TROPACH STEDA ALBO CUDNE MANOWCE LEGENDARNOŚCI
(…) Spali na swych wyperfumowanych żeglarskich workach
synkowie a w ciemnym kącie na piętrze
pieprzyły się zdrowo dwa długowłose cienie
obwieszone koralikami udające się na pielgrzymkę
do grobu Stachury Edwarda Napisy w klozecie
zachęcały do wolnej miłości ale co do cholery
co do cholery ze mną kim jestem(…)
(Karol Maliszewski, a co do cholery (lata 80-te))
Nigdy nie było dla mnie do końca jasne, jakimi drogami chadza legendarność postaci takich jak Edward Stachura. Co sprawia, że jeden z wielu debiutujących w konkretnym momencie dziejowym, z czasem obrasta kultem, wykracza w społecznej recepcji poza granice dyskursu krytyczno-literackiego nie tylko w swojej epoce, ale też w kolejnych. Fenomen Stachury polegał na tym, że w żadnej z dziedzin nie osiągnął mistrzostwa. Najbardziej był, jest i zapewne pozostanie znany z piosenek, które w swoim czasie były niemiłosiernie tłuczone przy każdym ognisku w Beskidach, lub na każdym miejskim spotkaniu wspominającym sezon ognisk w Beskidach – zaraz obok Wolnej Grupy Bukowiny i piosenek dużo bardziej muzykalnego i obdarzonego kompozytorskim talentem Wojciecha Bellona. Ale umówmy się, że kto raz usłyszał te nosowe melorecytacje Steda z luźno powiązanym z nimi akompaniamentem gitary, ten zapewne był zaskoczony, jak to w ogóle mogło się stać, że piosenki stały się najbardziej rozpoznawalną, emblematyczną wręcz częścią dziedzictwa Stachury? Przecież w wykonaniu oryginalnym ledwo daje się ich słuchać. Pozostały literacki dorobek autora Całej jaskrawości też nie jest ani ilościowo ani jakościowo wstrząsający.
Zawiera on ze trzy zbiory wierszy, trzy poematy, wspomniane piosenki, może trzy strawne książki prozatorskie, a reszta kompletnie nieznośna i manieryczna. Do tego dziennik pisany tuż przed śmiercią, jakby przez zupełnie kogo innego – wydany pośmiertnie pod tytułem Pogodzić się ze światem – i nieprzebrane masy zapisów listownych, dziennikowych, jeszcze trochę tłumaczeń, w tym przekłady z Jorge Louisa Borgesa (co najmniej problematyczne od strony metodologicznej).
Biografia Edwarda Stachury pod tytułem Buty Ikara pióra Mariana Buchowskiego nie próbuje wyjaśniać przyczyn tej legendarności pisarza, zrodzonej niejako obok literatury; nie objaśnia momentu narodzin kultu, niegdyś silnego, obecnie wysychającego. Nie powinno to dziwić, bo nie taka jest rola biografisty. Zdaje się, że ten legendarny Sted mało wręcz Buchowskiego interesuje; takim Stedem się zajmują inni. Można nawet odnieść wrażenie, że nie bez życzliwości, autor biografii próbuje jednak tę drażniącą skorupę kultu nadkruszyć, pragąc wydobyć żywego, a przez to – ułomnego, niespójnego, nierównego, ale wiarygodnego – człowieka.
Zapewne temu celowi służy achronologiczna konstrukcja opowieści. Narracja Buchowskiego ucieka od linearności (choć zupełnie pozbyć się jej oczywiście nie może), raczej preferuje doświetlanie protagonisty z różnych stron, pod różnymi kątami. Być może milczącym założeniem tej pracy – imponującej przecież, gdy idzie o ilość materiału archiwalnego – były rachuby, że sięgną po nią ci czytelnicy, którzy nawiązali w taki czy inny sposób kontakt z twórczością Stachury. Głównym zadaniem, jakie postawił sobie autor tej biografii, moim zdaniem było nie tyle odtworzenie w najdrobniejszych szczegółach biografii, marszruty podróży pisarza – i okresów jego pobytu w tych wszystkich miejscach, w których bywał: od wsi Kotla koło Głogowa po daleki Meksyk – ile znalezienie przede wszystkim odpowiedzi na pytanie: „kim był i jak był Stachura”. W oczach przyjaciół, żony, kolejnych emanacji jego umiłowanej Gałązki Jabłoni, rodziny, kolegów po piórze, organizatorów życia umysłowego społeczeństwa, ale i w oczach Tajnych Współpracowników UB oraz mniej lub bardziej przypadkowych znajomych, przyjaciół korespondencyjnych. Żeby nie było tak bardzo ciepło i serdecznie – przytaczane są w książce też unikatowe, gdy chodzi o luźną, a czasem wręcz nonszalancką formę, pisane przez Stachurę podania o stypendia, zapomogi, zwroty kosztów podróży, próby (nie było w powszechnym użyciu Internetu, telefonów, komunikatorów, smsów!) układania spotkań autorskich, spraw wydawniczych i publikacji.
Być może jedną z większych zalet książki Mariana Buchowskiego jest przywołanie promieniowania tła, na jakim wyświetla się sylwetka Steda. Cały ten literacki PRL z jego blaskami i cieniami. W pewnym momencie to jest chyba nawet bardziej portret bezpowrotnie minionego świata niż samego pisarza. Z tej strony patrząc, Legenda Bożego Włóczęgi nieco blednie, gdy sobie czytelnik uświadamia, że jej zapleczem były stypendia, zapomogi i ryczałty, honoraria, zaliczki, tantiemy. I że te literackie apanaże dawały możliwość ubogiego (bo mało kto nie żył wówczas ubogo), ale jednak przeżycia, co dzisiaj jest prawie niemożliwe dla większości zajmujących się wyłącznie pisaniem. Z drugiej strony, gdy czyta się listy, w których Stachura rozpacza nad formą wydawania wierszy Borgesa (które upychano po kilka na stronie, aby więcej zmieścić w jednym arkuszu wydawniczym) – pojawia się pytanie, czy rzeczywiście jest za czym łzy wylewać w tej przelotnej nostalgii za PRL. Przecież drukarskie partactwo było tylko częścią ogólnosystemowego partactwa. Teraz jest może mniej barwnie i mniej wódki się pije, ale książki wyglądają bez porównania lepiej.
Z lektury Butów Ikara wyłania się Sted nie tylko rozdarty metafizycznie do granicy obłędu, ale także twardo stąpający po ziemi self-made-man, nieźle organizujący sobie w ramach dostępnych środków życie doczesne, przestrzeń wolności, przestrzeń pisania. Tego mógłby Stedowi niewątpliwie pozazdrościć niejeden dzisiejszy autor. Proszę sobie wyobrazić, że Stachura w czasie drugiego pobytu w Meksyku radził sobie z utrzymaniem… publikując tłumaczenia własnych wierszy w meksykańskiej prasie literackiej. Rzecz nie do pomyślenia dzisiaj, kiedy ogromna większość czasopism literackich publikuje teksty autorów za chwałę i sławę, płacąc za to niewiele lub nic. Trudno ustrzec się jeszcze i takiej refleksji na marginesie lektury, że PRL miał jednak jakąś politykę kulturalną wobec społeczeństwa polskiego i miała ona silny wymiar dydaktyczno-wychowawczy. Była ona w wielu punktach (częściowo sam to pamiętam) obskurancka, żenująca, śmieszna, trudna do przyjęcia, ale wskutek jej istnienia – a wynika to jasno z tych marginalnych artefaktów życia Steda, podań, listów, zapisów – nawet niespecjalnie zajmując się polityką, nie zajmując stanowiska w żadnej z palących politycznych kwestii, nie zapisując się do partii, można było sobie funkcjonować jako literat i boży wędrowiec. Nie sugeruję, że Stachura był w swojej wędrówce nieszczery czy mało wiarygodny; nie, ostatecznie dorobił się tylko malutkiej, dzielonej z żoną (a potem byłą żoną) kawalerki i chyba niewiele więcej zyskał w życiu na miejscu. Mógł żyć nie pracując na żadnym etacie etc. Jednak dodaje to do obrazu Steda Włóczęgi dodatkową barwę. I nie ma ona koloru brązowego metalu.
Marian Buchowski w sporach wokół Stachury zdaje się być sercem zdecydowanie po stronie protoplasty Janka Pradery, Michała Kątnego i Edmunda Szeruckiego, jednak nie zakrywa przed nami spraw i miejsc bolesnych, takich jak na przykład stosunek Stachury do przywoływanej tu i ówdzie personifikacji miłości do kobiety – Gałązki Jabłoni. Albowiem wygląda na to, że z uciech potocznie przypisywanych literatom i artystom – Stachura w zasadzie tylko pił wódkę, dużo i często (choć w tamtych czasach to chyba niespecjalnie go wyróżniało). Raczej dbał o przyjaźnie, nawet jeżeli wykazywał się apodyktycznością – z czasem coraz silniejszą – która temu nie sprzyjała. Grywał w pokera dobrze, albo jak to powiedział jeden z jego bohaterów – trochę za dobrze. Pożyczał często pieniądze, ale zawsze dbał o terminowe ich oddawanie. Unikał rozwiązłości seksualnej, nie uznawał romansów, flirtów ani podrywania, wszelkiej dwuznaczności w tym zakresie. Z drugiej strony, tak z prozy, jak i z biografii wyjawia się obraz człowieka raczej zakochanego w swoim zakochaniu i wzruszonego swoim wzruszeniem, niż istotnie z kimś złączonego. Małżeństwo z Zytą Oryszyn trwało dziesięć lat, a to chyba trudno byłoby wypełnić kochaniem swojego własnego kochania, bo codzienność – także ta pojawiająca się w listach, zapiskach i notatnikach – skutecznie weryfikuje takie stany samozakochania. Niewiele zresztą na ten temat można się z biografii dowiedzieć w związku z tym, że była małżonka Stachury przez wiele lat konsekwentnie odmawiała jakichkolwiek zwierzeń na temat małżeństwa z autorem Całej jaskrawości. I tego milczenia, mimo prób nawiązania kontaktu z poszukiwanymi, biografista konsekwentnie się trzyma, co w jakimś stopniu budzi podziw i szacunek w epoce, w której nawet nie tyle wszystko jest na sprzedaż, ile wszystko jest za darmo, i to w nieograniczonej ilości w internecie. I wreszcie to, co widać wyraźnie na przykładzie przedostatniego związku Stachury, już po rozejściu się z żoną – wszelka miłość w życiu Steda wydaje się wyłącznie projekcją własnych tęsknot i ideałów na jakiś mniej lub bardziej przypadkowy obiekt. W tym ostatnim przypadku, związku z córką znajomych, o wiele młodszą od niego Danutą, chodziło o obiekt kompletnie pozbawiony własnych cech i możliwości obrony, przeciwstawienia się, zaznaczenia swojej odrębności. I to jest jakoś mało budujące, chociaż wzbudza raczej współczucie niż złość. W sporze o to, czy etap życia i twórczości nazywany okresem mistycznym Stachury, czasem Człowieka-Nikt był owocem rozwoju duchowego czy też pierwszym etapem choroby, Buchowski nie zajmuje stanowiska, poprzestając na przedstawieniu biegunowych punktów widzenia, a jednak z sympatii do Steda wydaje się nie brać strony koncepcji redukcjonistycznych. No pewnie, bo wówczas trzeba byłoby przyznać, że Stachurę należało raczej leczyć, a wówczas mielibyśmy jeszcze jednego zdrowego obywatela więcej, w każdym bądź razie obywatela nieodbiegającego od statystycznej reszty. Tyle że nie mielibyśmy Siekierezady, Całej jaskrawości, Fabuli rasy.
Jeżeli czegoś brakuje mi w tej imponującej biograficznej pracy, to być może (ale wcale nie na pewno), refleksji nad tym, jak dokonało się przejście od Steda-człowieka do człowieka-legendy. Czy działo się to jeszcze za życia, czy – jak się wydaje laikowi i po dziś dzień wielbicielowi Siekierezady – po i w bezpośrednim związku z samobójczą śmiercią? Inna sprawa, czy w ogóle da się takie dochodzenie w wiarygodny sposób przeprowadzić? Gdyby się dało, to ów ostatni rozdział biografii zajmujący się schedą po Stedzie powinien być aktualizowany w kolejnych wydaniach, a nie ma co wątpić, że takie nastąpią. Bo jednak wydaje się, że ten projekt literatury jako głosu ekspresji wolnej jednostki to coś, co może być żywotne i dzisiaj i nie tylko dla polskich czytelników. Być może to w ogóle pomysł – realizowany na przykład współcześnie dostępnymi metodami przez takich poetów jak Krzysztof Śliwka, Jacek Podsiadło czy wzmiankowany w motcie Karol Maliszewski, którzy nie powołują się wprost na powinowactwa ze Stachurą, bo jakby nie wypada, ale którzy ewidentnie z tego ducha wyrastają. Może w ogóle jest to pomysł na zaistnienie polskiej literatury w Europie? Może to jest ta opowieść, która znużonemu dobrobytem czytelnikowi wyda się znowu żywotna. Takiego rozdziału, szukającego nawiązań literackich, odwołań, powinowactw – także wydaje się brakować.
Na koniec nie od rzeczy będzie pewna refleksja, która wraca do problemu postawionego na początku. Nie może być inaczej, gdy rzecz idzie o Edwarda Stachurę. Otóż to, że niektóre postaci wraz ze swoją literacko-życiową misją zaczynają żyć niejako poza światem odniesień czysto literaturoznawczych, wchodzą na zupełnie inny poziom i w inny tryb odbioru – może irytować krytyków. A te postaci mogą też wybierać różne drogi (vide przypadek Michała Witkowskiego, który też wybrał życie w zasadzie poza literaturą, tylko trochę inaczej). Przecież jakość tekstów, piosenek, prozy i wierszy Stachury była, delikatnie rzecz ujmując, mocno zróżnicowana literacko, rządziła nimi często rażąca egzaltacja, a słabo ukrywany egotyzm szedł z nią w parze, a jednak wielu znakomitych szamanów języka mogłoby popularności, recepcji i siły rażenia Stedowi zazdrościć. Luźna hipoteza jest taka, że stało się to zupełnie przypadkiem, że w siermiężnym materialnie i mentalnie PRL-u (i pod pewnymi względami nie mniej mentalnie siermiężnej III RP) postać Stachury – jako całość, bez brania w nawias i dzielenia Stachurowego włosa na czworo – wyrażała rodzaj społecznej tęsknoty, może nawet rodzaj antysystemowego buntu i bólu, który gdzie indziej wyrażał się poprzez lewackie rewolty, hippisowskie próby tworzenia anty-społeczeństwa. W polskich warunkach ten bunt zwyczajnie nie umiał się wykluć, nabrać cech ogólnokulturowej przebudowy i objawiał się przypadkiem w kulcie takich postaci jak Sted. I co więcej – ten kulturowy, antymieszczański bunt nadal chyba pozostaje w naszej kulturze niezrealizowanym postulatem. To po pierwsze. A po drugie – jest w historii Steda coś z podejrzenia, że w całej literaturze, nie tylko i nie o samą literaturę chodzi, ale o coś znacznie większego. Nie dystynkcja stylu, elegancja frazy, a w każdym razie nie tylko ona powoduje, że pisarz wyraża coś ważnego i istotnego i stoi za nim chociażby w części siła egzystencjalnego przeżycia, a nie jedynie intelektualnego i filologicznego przeżucia. To rzeczywiście może drażnić, szczególnie dzisiaj, szczególnie wielu młodych i starszych, nieźle filologicznie obytych adeptów pióra, którzy w życiu nie oczyścili z kory pnia sosny, nie napalili własnoręcznie w piecu, nie umyli się w zimnej wodzie prosto ze studni. I dobrze im tak! Niech cierpią. A Sted niech żyje.
Radosław Wiśniewski
Marian Buchowski: Buty Ikara. Biografia Edwarda Stachury, Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 2015, s. 600.
Odra 7-8/ 2015 - JĘZYKI PRZEMOCY
Języki przemocy. Wybór, wstęp, opracowanie Łukasz Musiał. Poznańska Biblioteka Niemiecka pod redakcją Huberta Orłowskiego. Wydawnictwo Nauka i Innowacje. Poznań 2014, s. 512.
Prezentację tekstów do antologii dotyczącej opisywania i komentowania zjawiska przemocy w dziejach nauki redaktor tomu Łukasz Musiał podzielił na trzy części. W pierwszej z nich, zatytułowanej Sfery, znalazły się teksty można rzec „kanoniczne” w odniesieniu do tematu, zaczerpnięte z głębszej historii: w tym rozpoczynający wybór , po raz pierwszy tłumaczony w Polsce przez Grzegorza Kowala, esej Państwo greckie Nietzschego, któremu towarzyszą przekłady pochodzące z wydanych już u nas publikacji Freuda (Aktualne uwagi o wojnie i śmierci), Benjamina (Przyczynek do krytyki przemocy), Lorenza (Szczury), a także specjalnie tłumaczone dla tego wydania teksty m.in. Benna (przeł. Grzegorz Kowal), Jüngera (Wojciech Kunicki), Marcuse’a i Enzensbergera (Ewa Płomińska-Krawiec). W drugiej części antologii pt. Struktury znajdują się eseje wybrane m.in. z Canettiego Masy i władzy, oraz świeżo tłumaczone Jana P. Reemtsmy, Neidhardta, Popitza. Natomiast Ekspresję, końcową część tomu, wypełniają prace pochodzące już z najnowszych wydań nowoczesnej filozofii i socjologii XXI wieku, w tym m.in. esej Bohrera Styl jest uderzający i zamykające całość Obrazy przemocy – przemoc obrazów Sloterdijka. Eksplikację podziału merytorycznego zastosowanego w antologii zamieszcza Musiał w swojej przedmowie zatytułowanej Ornamenty przemocy, niebędącej jednak stereotypowym, ogólnym wprowadzeniem do wyboru tekstów, a wytrawnym, wnikliwym, autorskim esejem stanowiącym gruntowne historyczne i merytoryczne objaśnienie zjawiska, które kryje się pod określeniem „języki przemocy”.
Co istotne, tekst ten nie jest uczonym, akademickim wykładem – i dotyczy nie tylko kwestii przemocy specyficznie niemieckiej i zwłaszcza prób stawiania pod pręgierzem naszych sąsiadów w kontekście dziejów XX wieku, aczkolwiek zamieszczone tu teksty wyszły spod ręki niemieckich autorów. Jak dowodzi Musiał, skłonność do przemocy stanowi element biologicznego wyposażenia gatunku ludzkiego i przybiera rozmaite formy – które analizuje on i komentuje w różnych układach i kontekstach. Począwszy od krańcowego punktu widzenia amerykańskiej badaczki i byłej więźniarki Auschwitz Ruth Klüger, która tak odpowiada na pytanie o przyczyny permanentnego stosowania przemocy przez ludzi: koty drapią, psy gryzą, ludzie zabijają, czy bezkompromisowe konkluzje teorii mało znanego u nas socjologa Wolfganga Sofsky’ego (z nowej grupy filozoficznych „innowatorów”), który bez ogródek wykłada prawdę na ten temat w swoim Traktacie o przemocy: Zakaz, moralność i kultura wywodzą się z doświadczenia wspólnego zabijania… Poprzez analizy odpowiednich wątków prac wyżej wymienionych autorów, ale i Webera, Baumana, Baudrillarda, Kleista, Kohlhaasa i wielu innych myślicieli i pisarzy, a także głębokie studia agresji, przemocy czy już pop-przemocy na przykładzie treści filmów m.in. Tarantino i Hanekego – Białej wstążki i Funny games – antologia prezentuje aktualny stan teorii „języków przemocy” i sposobów jej wykorzystywania przez twórców i prominentów kultury.
Or.
Odra 7-8/ 2015 - TAJNE BANKIETY
Paweł Kaczmarski, Marta Koronkiewicz, Paweł Mackiewicz, Joanna Orska, Jakub Skurtys: Tajne bankiety. Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2014, s. 262.
W jednej z najciekawszych i najbardziej żywych książek z dziedziny krytyki literackiej omawiających stan naszej najnowszej poezji i tego, co się wokół niej dzieje – która była „dokomponowanym” pokłosiem zorganizowanej na Uniwersytecie Wrocławskim konferencji – grupa krytyków i młodych badaczy z całego kraju poszukuje odpowiedzi na pytania, co w poezji ostatnich pięciu lat w Polsce można uznać za ponadjednostkowe postawy, łączące różne tendencje, głosy i poetyki. Z obserwacji wielu uczestników tej debaty i opinii osób prowadzących kilka konferencyjnych paneli wynika, że krytyka dzisiejsza generalnie postrzega nową twórczość (zresztą chyba nie tylko poetycką) w oderwaniu od tradycji, od dokonań nawet nieodległych poprzedników, a nawet często jako działania „osobne”, oddzielające się nawet od koncepcji i poetyk rówieśników – jakby kategorie zbiorowe były już nawet nie podejrzane, ale zwyczajnie niepożądane… Czy w związku z tym przez najbliższe lata będziemy omawiać tylko jednego poetę naraz? – pytają autorzy tej publikacji. – Czy rolą krytyki nie jest szkicowanie punktów wspólnych i spornych…? Niektórzy rozmówcy podczas konferencji polemizowali z tak postawioną tezą; np. Piotr Śliwiński nie uważa, by łatwiej było obecnie mówić o poszczególnych autorach niż o pewnych ich grupach. Sam poznański badacz, który wypowiada się bardzo często na tematy nowej literatury, uważa, że jest zupełnie na odwrót…W toczących się po wystąpieniach konferencyjnych dyskusjach wiele wypowiedzi odnosiło się do dość prowokacyjnego referatu krakowskiego krytyka Tomasza Kunza zatytułowanego: Dlaczego „młoda poezja” nie istnieje?, a uznającego, że podane jako hasło określenie „młoda poezja” jest dziś anachroniczne i że miało ono sens w przeszłości, kiedy życie i twórczość podlegały terrorowi historii. Tezy Kunza znalazły rozwinięcie – często raczej przekorne – w publikowanym później na łamach „Odry” i przedrukowanym w Tajnych bankietach krytycznym felietonie Jacka Łukasiewicza, który posłużył później do kolejnych polemik. Nieocenioną zaletą tej krytycznej antologii jest to, że – poprzez szczegółową analizę często rzeczywiście „osobnych” teorii i poetyk, odnoszonych nieraz jednak do dorobku „bruLionu” czy autorów Nowej Fali – daje ona dobre pojęcie o tym, co wartościowego można wyczytać z dość pilnie i hojnie wciąż serwowanej dziś młodej poezji; a jest to komentowane piórami (poza wymienionymi wyżej i autorami antologii) m.in. Karoliny Felberg, Anny Kałuży, Krzysztofa Hoffmana, Adama Poprawy, Aliny Świeściak, Tomasza Mizerkiewicza.
Ł. J.
Odra 7-8/ 2015 - Michał Jagiełło
Magdalena Grochowska: Strzelecki. Śladem nadziei. Seria: Autorytety. Świat Książki, Warszawa 2014, s. 638.
Kolejna książka Magdaleny Grochowskiej, autorki m.in. głośnej, nagrodzonej przez „Odrę” monografii Jerzy Giedroyc, to imponujący owoc talentu pisarskiego i rzetelności badawczej. Strzelecki. Śladem nadziei jest opowieścią o fascynującym człowieku, którego życie i twórczość ukazane zostały na tle dramatycznych wydarzeń historycznych, wstrząsów politycznych, w których uczestniczył – czynnie lub biernie. To lektura do intelektualnego i moralnego przeżywania dla czytelników, którzy, zastanawiając się nad codziennym życiem tu, w kraju, po zakończeniu wojny, nie apoteozują wzorca „żołnierzy wyklętych”.
Jan Strzelecki (1919-1988), humanista i myśliciel, doczekał się znakomitej biografistki. By zatem rzetelnie omówić tę solidną, a zarazem intrygującą literacko pracę; musiałbym pochylić się nad dziesiątkami występujących tu ważnych autorów, przytaczać setki zdań odmalowujących postać Jana i jego losy… Wśród tej misternie utkanej tkaniny są też i fragmenty rozmowy Magdaleny Grochowskiej ze mną, i to nie tylko o górach, co mnie prawdziwie wzrusza i onieśmiela. Jest przecież tak wielu innych – bardziej niż ja związanych z twórcą eseju O socjalistycznym humanizmie i Niepokojów amerykańskich czy Prób świadectwa. Znalazłem się w tej opowieści zapewne, formalnie rzecz biorąc, ze względu na swoje uwikłanie w PZPR, choć przypuszczam, że dla Janka bardzo ważne były moje związki z Tatrami, alpinizmem, ratownictwem górskim. Wspierał mnie w tych moich działaniach mądrze i ciepło na stanowisku zastępcy, a potem pełnego naczelnika Grupy Tatrzańskiej GOPR. Doradzał na tym, jak mawiał: „wysuniętym dyżurze” w urzędach w Warszawie w sprawach TOPR; cieszył się z kolejnych uzupełnionych wydań Wołania w górach, ale także z napisanej przez mnie pracy o pierwszym okresie istnienia „Tygodnika Powszechnego” – na tle katolicyzmu okresu międzywojennego. Wędrowaliśmy w Tatrach po Reglach; kiedyś przeszliśmy w trójkę – z Tomaszem Łubieńskim – klasyczną drogę na zachodniej ścianie Kościelca. Pozostało we mnie wspomnienie tego pogodnego, harmonijnego dnia spędzonego z przyjaciółmi, chociaż podczas zejścia z Hali Gąsienicowej oni obaj „obrabiali”, jak pamiętam, powstanie warszawskie. Potem spotykałem się z nim już to w przerwie robót wysokościowych, już to w redakcji warszawskiego „Przeglądu Powszechnego”. Promieniał – takim go widzę czasem – gdy okazało się, że z redaktorami tego miesięcznika, wybitnymi jezuitami – o. Stanisławem Opielą SJ, o. Grzegorzem Schmidtem SJ – bywam na wspinaczkach nad Morskim Okiem. Ale dochodziło i do różnic zdań, choć niekoniecznie do utarczek słownych. Otóż Janek uważał, że przy moim, jak postękiwał, zmyśle organizatorskim i wyczuciu społecznikowskim nie powinienem zdecydowanie odrzucać ówczesnej współpracy z Partią, gdyby kiedyś-coś… Z kolei mnie szczerze zdumiewało jego „zapadanie się” w Jana Pawła II. Także i tę kwestię szerzej objaśnia monografia Grochowskiej.
Michał Jagiełło
Odra 7-8/ 2015 - Mieczysław Orski
WALCZĄC O EMPATIĘ W KRYTYCE
Adrian Gleń: Czułość. Studia i eseje o literaturze najnowszej. Biblioteka „Toposu”, Sopot 2014, s.176.
Tytułowa „czułość” w tych studiach i rozważaniach nad „najnowszą” literaturą staje się w pewnym sensie antonimem autorytatywności czy apodyktyczności w krytyce, tudzież sygnałem dominacji wyspecjalizowanej branży uczonych komentatorów i analityków piśmiennictwa pięknego – nieznajdującej obecnie odpowiedniej (czasem w ogóle zauważalnej) akustyki społecznej i czytelniczej w naszym kraju. Powodem tego jest m.in. fakt, że profesjonaliści w tej dziedzinie spotykają się na łamach małonakładowych fachowych tytułów albo wymieniają się opiniami i doświadczeniami w oazach odciętych od publicznego forum sesji, konferencji, sympozjów etc., których plony ukazują się potem w niedostępnych na rynku księgarskim antologiach; natomiast ewentualni tak zwani miłośnicy literatury zainteresowani losem i poziomem wydawanej obecnie poezji i prozy są odcięci od obrad tego trustu teoretycznych mózgów i nie mają co liczyć na to, że kapnie im coś z tego uczonego olimpu. Bo też nie ma na co się to przekładać, choćby przez to, że wciąż nie ma u nas porządnego tygodnika czy dwutygodnika kulturalnego (ileż ich było w „czarnej dziurze” PRL-u…) ani żadnej wartościowej kolumny eseistyczno-recenzenckiej nie-marketingowej w gazetach, nie mówiąc już o mediach, które szukają „misji” kulturalnej w sposób, który jeszcze „ciemny lud” kupi. O syndromie powrotu w Polsce „marketingowej centrali” i karygodnym braku dialogowości w życiu literackim nieraz nadmienia w swej narracji Adrian Gleń, przytaczając przykłady bezradnych operacji taktycznych swoich kolegów po piórze, którzy np. potrafią listownie go uprzedzić, w jakim to czasopiśmie ukaże się za jakiś czas polemika z jego takim to a takim tekstem (ten konieczny, a szkodliwy dystans komunikacji dialogowej dobrze sami znamy z „Odry”…). Ale wracając po tej dygresji do zasadniczego tematu: otóż czułość w rozumieniu autora książki to po prostu czuła, rozumiejąca, czasem empatyczna, czasem intencjonalna lektura, która splata autora, dzieło i krytyka w jeden organizm, która nie odrabia (już przecież odrobionej) lekcji dekonstrukcji, która raczej odsłania, niż zasłania, komplikując sprawę, intencje twórcy Taką czułość zaleca Gleń adresatom swych filipik, czyli pracownikom umysłu teoretycznego (w mniejszym stopniu: wyobraźni) zajmującym się dziedziną kultury zwaną kiedyś – krytyką literacką, z naciskiem na „literacką”, przywołując na pomoc wiele aktualnych autorytetów. Wśród nich m.in. sięga po sformułowaną przed dwoma laty na łamach „Odry” i kontynuowaną później w polemikach diagnozę Tomasza Kunza, który – choć sam wykładowca krakowskiej uczelni – ogłaszał, że taki akademicki, sprofesjonalizowany model kontaktu z literaturą ulega na naszych oczach wyczerpaniu, co odbija się też na wyczerpaniu i poziomie samej literatury. Próbując bronić okopów wartościowej literatury i jej dostępu do czytelnika, Kunz zalecał swoim partnerom w profesji zamiast specjalistycznych analiz intencjonalny, indywidualny kontakt z dziełem, który pozwoliłby zastąpić bezpieczne kryteria naukowości kryteriami ryzykownymi, bo niewymiernymi, rodzącymi jednak (…) wymierne skutki dla jakości naszego życia: empatię, zaangażowanie i otwartość. Gleń, jako reprezentant krytyki „czułej”, empatycznej, nawet intymnej, ale głęboko umotywowanej, fachowej i stawiającej na estetyczne porozumienie z jej odbiorcą, przywołuje model zaproponowany kilka lat temu przez Juliana Kornhausera w cyklu zatytułowanym Moje lektury poetyckie, niestety już nie kontynuowanym, który stanowił swoistą przemyślaną, radykalną odpowiedź na zanik dialogu w krytyce i jej postępującą izolację w obiegu społecznym.
O tym, że nawet w samej tej wyspecjalizowanej branży zaczyna przeważać dramat braku komunikacyjnej wspólnoty, zaświadcza analityczno-teoretyczny wątek książki, w którym autor omawia i analizuje kilka wydanych w ostatnich dwu-trzech latach tomów wybitnych badaczy literatury, jakie przeminęły prawie niezauważalnie „z wiatrem” historii, w wirze debat polskiej demokracji – tak jak przeminęły zresztą wspomniane „lektury poetyckie”, „światy nieprzedstawione” i inne studia oraz oryginalna twórczość poetycka Kornhausera (którego nazwisko znalazło ostatnio w mediach miejsce z zupełnie nieprzewidywalnych powodów i w zgoła innym porządku merytorycznym). W swojej Czułości Gleń poświęcił swemu nieoficjalnemu mentorowi i duchowemu doradcy kolejny esej, ale nie można zapomnieć, że wydane niedawno Marzenie, które czyni poetą, czyli jedną ze swych ważnych książek monograficznych, opolski krytyk i badacz poświęcił właśnie autorowi Widoku na jezioro, apelując w niej, by czytać Kornhausera właśnie z czułością, i odłączyć go od akademickiej „protezy” stawiającej tego poetę z Krakowa na półce „nowofalowej generacji” (gdzie to dzieło spoczywa niczym sztuczny owad przyszpilony w zimnej gablocie, ciążącej na poecie niczym przekleństwo…).
We wspomnianym rozdziale poświęconym najnowszym tomom z półki teorii literackiej autor wybiera, omawia i promuje pozycje autorów, których edycje do niedawna jeszcze promocji i rozgłosu nie potrzebowały, bowiem były dyskutowane szeroko w prasie nie tylko naukowej i podlegały opinii nie tylko fachowej. Obecnie te tomy czołowych naszych literaturoznawców, a więc Poetyka doświadczenia Ryszarda Nycza, Polityka wrażliwości Michała Pawła Markowskiego, Dekonstrukcja, polityka i performatyka Anny Burzyńskiej czy Klasycy i nie tylko Stanisława Stabry, dołączają jako egzemplarze do „zimnej gabloty” z napisem „historia literatury” – choć często z nich więcej można się dowiedzieć o stanie naszej świadomości kulturalnej i w ogóle zbiorowej, o specyfice życia literackiego niż z poświęcających trzy-cztery rutynowe strony rubryce pt. „kultura” polskich tygodników.
Mieczysław Orski
Odra 7-8/ 2015 -Karol Alichnowicz
GŁOSY Z MROKU
Hannah Arendt: Ludzie w mrocznych czasach. Posłowie Karl Schlögel. Redakcja Ewa Rzanna. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2014, s. 264.
W heterogenicznym, różnorodnym zbiorze esejów Hanny Arendt Ludzie w mrocznych czasach, złożonym z artykułów, wykładów, szkiców, okolicznościowych laudacji, recenzji, uderzający musi być na pewno dobór ich bohaterów – urodzonych z reguły w dziewiętnastym stuleciu przedstawicieli odrębnych narodowości, pokoleń, środowisk. Lista z całą pewnością jest imponująca, by wymienić najbardziej znanych, których otoczył nimb sławy: Gotthold Ephraim Lessing (jedyny urodzony wcześniej), Martin Heidegger, Karl Jaspers, Róża Luksemburg, Angelo Giuseppe Roncalli, Walter Benjamin, Bertolt Brecht, Hermann Broch, Karen Blixen, Nathalie Sarraute, W.H. Auden... A jednak prawie wszystkie biografie postaci sportretowanych w tomie łączy ten znamienny moment dziejowy – określony przez tytułową metaforę zaczerpniętą z wiersza Do urodzonych już potem Bertolta Brechta: czas pierwszej połowy XX wieku, z jego katastrofami politycznymi, klęskami moralnymi oraz zdumiewającym rozwojem nauki i sztuki. Paradoksalne współistnienie regresu i postępu w historii (a może Historii) wyraża Arendt utrwaloną w tradycji kultury symboliką rozświetlanego mroku (wyrażony wprost motyw rozjaśniania pojawi się, nawiasem mówiąc, w kilku esejach): nawet w najmroczniejszych czasach mamy prawo oczekiwać światła, które może pochodzić nie tyle z teorii i idei, ile raczej z drżących, niepewnych, często słabych płomieni, jakie niektórzy ludzie w swoim życiu i pracy są w stanie wzniecać niezależnie od okoliczności i oświetlać nimi przestrzeń czasu danego im na ziemi. To ważne przekonanie, idące na przekór wszelkiej maści uogólnieniom, chociaż też jakoś nam już znane, stanowi fundament i swego rodzaju credo książki. W istocie bowiem autorka skłonna jest przyjmować za rzecz oczywistą, że w świecie targanym katastrofami i klęskami znajdą się zawsze jednostki, którym przypadła w udziale rola szczególna, a której nie podołaliby inni.
W konsekwencji Arendt wychodzi poza ściśle biograficzną konwencję, w ramach której śledziłaby wyłącznie przenikanie się egzystencji i twórczości portretowanych postaci (to, owszem, czyni także). Zajmuje ją bardziej – wbrew jej własnym zastrzeżeniom – perspektywa uchwytująca przecięcia jednostkowych doświadczeń oraz społeczno-politycznych wydarzeń, co podkreśliła już Ursula Ludz w Nocie do wydania niemieckiego zamieszczonej także w polskiej edycji. Na przykładzie losów swoich bohaterów Arendt obserwuje skutki zderzenia ich jednostkowego życia i bezlitosnej historii. Skłania to do pytań o ocenę moralnej odpowiedzialności oraz dokonywanych wyborów sportretowanych postaci, zwłaszcza w przypadku Brechta i Heideggera, którzy stanowią modelowe wręcz przykłady zaangażowania intelektualistów w służbę dyktatury. Ani jednak akces do komunizmu Brechta, ani też Heideggera do nazizmu (nowe światło rzucają na pewno na tę sprawę publikowane od niedawna Czarne zeszyty, prywatne zapiski autora Bycia i czasu) w oczach Arendt nie przekreśla wartości ich dzieła, bo jedynym kryterium osądu postawy poety czy filozofa jest właśnie jego twórczość. Wszystko to w pewnym sensie prawda, jakkolwiek historia zna przykłady niezłomności ducha, czego dowodzi przykład Jaspersa, filozofa dysponującego wyczuloną świadomością politycznych i duchowych realiów współczesności, który nie uległ przecież zupełnie miazmatom narodowego socjalizmu w „mrocznych czasach”, mimo iż zapłacił za to cenę pozostawania w Trzeciej Rzeszy obywatelem gorszej kategorii.
Los Jaspersa jest zresztą znamienny, ponieważ zdaje się symbolizować w Ludziach w mrocznych czasach kondycję pokaźnej grupy ludzi – współczesnych pariasów, apatrydów, wygnańców (w znacznej części mających żydowskie pochodzenie) – zmuszonych do podjęcia dramatycznych życiowych wyborów. Brecht musiał emigrować z Niemiec ze względu na swe lewicowe poglądy i alians z marksizmem. Z pobudek ideowych wyrzekła się związków z tradycyjnie rozumianym krajem ojczystym Róża Luksemburg, wybrała zaś „ruchomy dom” polsko-żydowskiej „grupy rówieśniczej”. Natomiast Waldemar Gurian, Robert Gilbert, a także Walter Benjamin (spośród nich najtragiczniejsza niewątpliwie postać – popełnił samobójstwo w 1940 r. na granicy francusko-hiszpańskiej, sądząc, że jako Żydowi grozi mu deportacja do Niemiec) skazani zostali na wychodźstwo ze względu na swe żydowskie pochodzenie. Jest jeszcze Auden, dla którego duchową ojczyzną pozostawały Niemcy i który nie mógł odnaleźć się w amerykańskiej rzeczywistości. Już z tego względu oni wszyscy tworzyli pewnego rodzaju szczególną wspólnotę wykluczonych z przestrzeni publicznej, pozbawioną przez to swoistego przywileju troski o świat. Jak zauważa Arendt w świetnym eseju Kilka myśli w związku z Lessingiem, ludzie ci zawsze chyba byli skłonni lekceważyć – i na ile się da, ignorować – świat wraz z jego sferą publiczną, lub też niejako przeskakiwać świat i sięgać poza niego – jak gdyby był tylko fasadą, za którą kryją się ludzie – aby porozumiewać się z ludźmi, nie biorąc pod uwagę świata, który jest między nimi. Cóż, dla Arendt świat jest zawsze między ludźmi, a to oznacza, że podstawowa jego wartość została tu utracona, oczywiście nie zawsze z winy samych zainteresowanych. Niemniej nie podważa to najważniejszej prawdy, że żyć to – jak u Rzymian – być pomiędzy innymi. Motyw więzi międzyludzkich obecny jest, prawdę mówiąc, w większości esejów, w których Karl Schlögel, autor posłowia zatytułowanego O erosie przyjaźni w mrocznych czasach, dostrzega występowanie takich pojęć, jak przyjaźń, zaufanie, wierność i otwartość. Bez nich bowiem, bez rozmowy pojmowanej jako dar porozumienia, współpracy, pluralizmu, ludzkość zaprzepaszcza swoje człowieczeństwo i nie stwarza możliwości życia we wspólnocie.
Sposób, w jaki Arendt podchodzi do owych problemów, wydaje się zresztą charakterystyczny dla jej wyobraźni politycznej (czy mogło stać się inaczej?) i znamiennych dla tej wyobraźni wątków: teorii oraz praktyki. Komplementarne i wzajemnie na siebie oddziałujące, skupiają się na relacji myślenia wobec działania – kwestii niezwykle znaczącej w pisarstwie autorki Kondycji ludzkiej, miejsce choćby w pracy The Life of the Mind, poświęconej owym ludzkim zdolnościom. Arendt interesuje odwieczny splot vita contemplativa i vita activa, refleksji, filozoficznego dystansu, oraz pracy i działalności politycznej, dlatego z pewnością optymalną postawę pod tym względem prezentuje podziwiany przez nią następca Kanta – Karl Jaspers, który wielokrotnie opuszczał przestrzeń akademicką i jej język pojęć, aby zwracać się do ogółu publiczności czytającej, i który bezpośrednio angażował się w bieżące zagadnienia polityczne (np. gdy zajmował się sprawą bomby atomowej). Ten filozoficzny wymiar działania, czy też myślenia w działaniu, stał się dla Arendt, współpracującej po wojnie z Jaspersem, na tyle istotny, że nie pozwala widzieć w niej jedynie krytyka totalitaryzmu. Równocześnie lektura Ludzi w mrocznych czasach przekonuje, iż ten rodzaj namysłu przenika także szkice poświęcone literaturze, głównie twórczości jej ulubionych autorów (w rzeczywistości każdy filozof pisze przecież, jak zwykło się twierdzić, zawsze o tym samym). Wzorcowym przykładem potwierdzającym w pewnym sensie tę regułę jest esej dotyczący Brocha, zawierający wnikliwą analizę triady dającej się dostrzec w jego życiu i twórczości: tworzyć poezję – poznawać – działać, triady odpowiadającej trzem ludzkim aktywnościom oraz uzdolnieniom: artystycznej, naukowej i politycznej. I nawet jeśli autorka w recenzji biografii Blixen czy omówieniu pisarstwa Nathalie Sarraute przybliża wyłącznie dorobek literacki pisarek, to jednak w tle zdają się pobrzmiewać, może niewypowiedziane wprost, pytania o rolę w ich życiu myślenia i działania.
Karol Alichnowicz
Odra 7-8/ 2015 - Paulina Małochleb
PRÓBA PAMIĘCI
Małgorzata Szejnert: Usypać góry. Historie z Polesia. ZNAK, Kraków 2015, s. 416.
Pisanie o każdej kolejnej książce Małgorzaty Szejnert jest dla krytyka trudne – jej wielkie reporterskie opowieści wyznaczają bowiem granice gatunku, pokazują, jak pisać o przeszłości i o współczesności, jak przedstawić to, co nam bliskie, ale też problemy z polskiej perspektywy obce. Jak zachowywać dystans, ale równocześnie z sympatią, współczuciem traktować rozmówców. Jak nie ferować wyroków i w tym samym czasie oceniać zdarzenia, wskazywać winnych… Tak jest i w Usypać góry, w którym Szejnert znów pokazuje swój kunszt reporterski. Ta książka stanowi zapis podróży na Polesie. Autorka podróżuje sama, ale jednocześnie ciągle towarzyszą jej tu duchy: amerykańskiej podróżniczki Louise Boyd, która zwiedzała te okolice u progu XX wieku, pierwszych fotografów i antropologów, którzy badali poleskie wsie, zielonoświątkowców i katolickich księży, białoruskich chłopów skazanych na wysiedlenie w czasie stalinizmu, marynarzy pływających w pińskiej flotylli, polskich szlachciców wymordowanych w latach 40. przez Białorusinów lub Niemców, Poleszuków, dla których żadne państwo (ani Polska, ani ZSRR, ani Białoruś) nie potrafiło zrobić miejsca. Szejnert śledzi ich losy, opowiada ich biografie, rekonstruuje zdarzenia.
Główny nurt opowieści wyznacza tutaj samo życie: autorka przemierza Polesie w poszukiwaniu tematów, próbując pokazać egzotyczność tej przestrzeni, jej wielokulturowość, dziedzictwo. Porusza się płynnie po zdarzeniach całego XX wieku, sięga w przeszłość, by pokazać, jak stopniowa okcydentalizacja i kapitalizm powodują wymieranie tej kultury. Spotyka się ze świadkami zdarzeń, najczęściej starymi, samotnymi kobietami, bo mężczyźni nie dożywają tutaj starości. Młodzi uciekają z Polesia, wybierają szeroki świat, miasto albo życie za granicą, kolejne chutory obumierają, a wraz z nimi regionalne języki i dialekty. Niektórzy rozumieją jeszcze język polski, niektórzy pamiętają mowę rodziców. Jednym z jej najbardziej interesujących rozmówców jest profesor Fiodor Daniłowicz Klimczuk, wykładowca uniwersytecki, etnolingiwsta, który na język swojej wsi przełożył Nowy Testament. Autorka skrupulatnie notuje zmienne losy języka białoruskiego i w tej historii bardzo ważna jest zmiana konstytucyjna, która obok języka białoruskiego drugim oficjalnym językiem państwowym uczyniła rosyjski: Radio mówi teraz rzadziej po białorusku. Od 1995 roku nie jest on już jedynym językiem państwowym. Musi dzielić ten zaszczyt z rosyjskim. Taką wolę wyraziła ludność w referendum. Dzielić z rosyjskim – znaczy ustępować, pisze krótko Szejnert.
Jednym z głównych tematów jej reportażu jest także zmieniająca się pamięć, pamięć wybielająca, wygładzająca po równo wszystkie winy. Nikt na Polesiu nie pamięta, że NKWD wymordowało sporo polskich oficerów marynarki pińskiej, że chłopi polescy nie żyli wcale dobrze z Żydami, że katolicy wynosili się ponad prawosławnych, a państwo polskie dawało narzędzia, by pognębić Cerkiew. Szejnert nie narzuca swoich ocen, ale potrafi pokazać dystans wobec historii, wyłapać w opowieści swoich bohaterów zbyt piękne, płynne fragmenty. Tak dzieje się, gdy spotyka się z rodziną Miniuków z Motola (rodzina masarzy znana z przygotowania wykładanego wędlinami portretu Mony Lisy), w których opowieści o przeszłości rodzi się obraz wielonarodowościowej idylli. W tej historii, w latach 20. XX wieku Kirył Miniuk uczy się krawieckiego fachu od Żydów i sam później uczy ich dzieci. Z Motola pochodzi też rodzina Weizmannów, której jeden z synów został pierwszym prezydentem Izraela, wnuk zaś – siódmym. Taka piękna opowieść o koegzystencji przodków, o matce Weizmannów, która urodziła piętnaścioro dzieci, lecz zawsze chodziła sprężystym krokiem i cała wieś się jej kłaniała, poprawiałaby dzisiaj nastroje, lepiej rysowałaby przeszłość. Syn Kiryła zaprzecza jej jednak, ale dopiero wtedy, gdy Szejnert nieustępliwie dopytuje go na boku o prawdziwy obraz przeszłości.
Największą wartością tego reportażu jest niezwykłe uchwycenie konfliktów etnicznych, które miały i mają ciągle miejsce na Polesiu. Szejnert, Polka z poniemieckim nazwiskiem (co wytyka jej jeden z napotkanych zielonoświątkowców) nie jest przecież – przez wzgląd na swą tożsamość – bezstronna. Potrafi jednak poddać precyzyjnej analizie ten węzeł gordyjski, jaki stanowią losy poleskie, białoruskie, polskie, żydowskie i rosyjskie na tym terenie. Żadnej narodowości autorka nie przypisuje jednoznacznej roli, nikogo nie ustawia a priori w pozycji kata czy ofiary. Pokazuje wkład Polaków w kulturę Polesia, ale i ich niezrozumienie dla Poleszuków, pogardę arystokratów dla prostego ludu, obojętność, a często i okrucieństwo. Przedstawia powikłane losy rodziny Skirimundów, których dwa majątki przepadły, a dziedzice zostali wymordowani w czasie zawieruchy wojennej. Dzisiaj w dalszym ciągu cmentarz tego rodu ograbiany jest z kamienia. Tej historii można jednak przeciwstawić inną – o pomocy, jakiej nawzajem udzielali sobie ziemianie i chłopi z dworu w Perkowiczach. Jednocześnie jednak Szejnert wskazuje, jak tożsamość Poleszuków nie mogła się oficjalnie uformować, okrążana przez dwie rywalizujące kultury: polską i rosyjską, i w tym stłamszeniu właśnie wskazuje przyczynę konfliktów etnicznych i społecznych.
Polesie zatem to przestrzeń krzywdy, przemocy fizycznej i symbolicznej, jawnej i ukrytej, administracyjnej i wojennej. Na Polesiu cały wiek XX to czas dramatycznych zmian – I wojna światowa płynnie przechodzi tu w rewolucję październikową, potem wojnę polsko-bolszewicką, budowanie republiki białoruskiej. W czasie II wojny światowej połowa obywateli Białorusi została siłą przesiedlona, zniknął zupełnie żywioł polski. W ten właśnie sposób chłop białoruski, choć żyje na bagnach, w dorzeczach, nigdy nie jest u siebie, nie może zaznać spokoju poza głównym nurtem historii, która ciągle się o niego upomina: spis nazw ulic Pińska przez całe ich dzieje. Dowiemy się z niego na przykład, że najważniejsza staromiejska ulica nazywała się za dawnych czasów kolejno: Wielka Spaska, Wielka Franciszkańska i Kijowska; za cara Wielka Kijowska; w roku 1919 Karola Marksa; w latach 1921–1939 Kościuszki; w latach 1939–1941 Lenina; w latach 1941– 1944 kolejno: Grosse Strasse, Bolszaja, Grosse Strasse; od 1944 do dzisiaj Lenina – takim szybkim spisem, sprytnie wykorzystaną metonimią Szejnert opowiada całą historię Polesia. I w takim też zestawieniu widać najlepiej jej fantastyczne wyczucie historii, umiejętność plastycznego i skrótowego opowiadania.
Wielonarodowościowe Polesie wychodzi z II wojny okaleczone, stan ten utrwala jeszcze pół wieku komunizmu. Ich pozostałości ciągle są widoczne, co skłania Szejnert to budowania opowieści o utracie, melancholii i tęsknocie, złamanej tożsamości i wykorzenieniu. Polesie to tutaj świat zapomnianego bogactwa, ziemia-grób, przestrzeń postapokaliptyczna, zniszczona przez wojnę i zapomnienie – nie ma bowiem już pamięci dawnych mieszkańców. Gdyby nie fotografie z początku XX wieku nie przetrwałby ślad wielu grup etnicznych. Pielęgnujący kulturę ludową komunizm stanowczo zabraniał bowiem prowadzenia badań etnologicznych i dzisiaj nie sposób dotrzeć do prawdy o całym bogactwie Polesia.
Usypać góry należy więc czytać jak próbę pamięci – przypomnienia, gromadzenia pamiątek, walki z zapomnieniem.
Paulina Małochleb
Odra 9 / 2014 - Jerzy Jarniewicz
Joanna Orska: Republika poetów. Seria Decyzje krytyczne, t. I, Wydawnictwo EMG, Kraków 2013, s. 480.
Republika poetów Joanny Orskiej nosi podtytuł poetyckość i polityczność w krytycznej praktyce. To wiele mówiące dopowiedzenie, nadające konkretną treść zmetaforyzowanej formule tytułu. Rozważania Orskiej toczą się bowiem dwoma podstawowymi torami. Z jednej strony zajmuje się ona przejawami napięć i sojuszy między poetyckością a politycznością, estetyką a sferą publiczną, twórczością a władzą, począwszy od analizy Poematu dla dorosłych po dyskusję dotyczącą (deklarowanego, przynajmniej) odwrócenia się od presji polityki poetów „brulionu”. Z drugiej strony, za przedmiot badań obiera nie historię najnowszej poezji polskiej, ale „krytyczną praktykę”. Poezja opisywana jest tu więc pośrednio – poprzez szeroki kontekst tytułowej praktyki. Zaznaczmy od razu, że poezja nigdy nie znika z pola widzenia, podstawową narrację stanowi jednak opis dziejów jej krytycznej recepcji – a konkretniej: historia marginalizowania i wykluczania zjawisk niemieszczących się w dominującym dyskursie krytycznym. Orska pokazuje, jak krytyka odkleja się od opisywanej rzeczywistości i rozwija się zgodnie z własną dynamiką, jak sobie nie radzi ze zmianami w literaturze, jak powołuje do życia byty fantomowe, które jednak, instytucjonalizując się, odwracają porządek rzeczy i wpływają na praktykę poetycką.
Krytyka, którą zajmuje się Orska, to przede wszystkim krytyka spod znaku personalizmu. Jeśli chodzi o poetów, których twórczość znajduje się w polu jej zainteresowania, to są to czterej twórcy związani z „przełomem” lat 80 i 90.: Bohdan Zadura, Piotr Sommer, Andrzej Sosnowski i Marcin Świetlicki. Autorka oczywiście poza ten przełom wykracza, proponując lekturowe wycieczki zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość. Ale nawet wtedy nie odbiega od swojej podstawowej narracji, dokonuje rozpoznań niejako dla jej potrzeb. Żeby nie być gołosłownym: z jednej strony, mamy tu rozdział poświęcony twórczości Adama Ważyka, zwłaszcza jego wierszom z lat pięćdziesiątych, a z drugiej – omówienie najnowszej książki poetyckiej Sommera Dni i noce z 2010 roku. Otwierając Republikę rozdziałem o socrealistycznej twórczości Ważyka, Orska nie czyni wyłomu w swoim studium: jej opowieść rzuca światło na jej rozważania na temat „miejsca bez miejsca” przedstawicieli dużo późniejszej „nowej dykcji”, a przede wszystkim na twórczość Andrzeja Sosnowskiego. To bowiem Sosnowski dokonał wyboru wierszy Ważyka. To Sosnowski opatrzył te wiersze posłowiem, bardziej chyba programowym, niż historycznoliterackim. Orska opowiada więc o Ważyku – nie wyłącznie, ale w mojej ocenie zasadniczo – przez pryzmat zainteresowań Sosnowskiego. Sosnowski jest tu przykładem „podtytułowej” „krytycznej praktyki”, którą autorka zderza z „krytyczną praktyką” badaczy wcześniejszych, sytuujących Poemat dla dorosłych poza granicami literatury, w sferze zjawisk politycznych, a w konsekwencji odmawiających mu wartości artystycznej.
Rozdział o Ważyku otwiera książkę Orskiej jednak nie tylko dlatego, że autor Poematu dla dorosłych stał się przedmiotem zainteresowania jednego z najważniejszych przedstawicieli nowej poezji polskiej. Także dlatego, że, jak pisze Orska, Ważyk nie zmieścił się w obowiązującej narracji krytycznoliterackiej, która poezję polską rozpisała na linie Miłosza i Przybosia, przyznając tej pierwszej rolę podstawową. W wyniku takiego zagospodarowania terenu, Ważyk wraz z kilkoma innymi poetami został skutecznie zmarginalizowany – wydaje się nawet, że do tej marginalizacji bardziej przysłużyła się owa uproszczona, ufundowana na założeniach personalizmu, „krytyczna praktyka”, niż motywowana politycznie niechęć do poety łączonego z socrealizmem. Orska tymczasem już w pierwszym zdaniu rozdziału stawia mocną tezę, że Ważyk był jednym z największych awangardowych poetów. Tezę tę udowadnia, sytuując go w towarzystwie awangardowych poetów francuskich, Apollinaire’a i Cendrarsa. Awangardowość Ważyka miałaby polegać między innymi na eliminowaniu elementów symbolicznych i metafizycznych, czyli na takim uprawianiu poezji, w którym metonimia, wyrastająca z relacji przyległości (a więc blisko związana z podstawową techniką awangardy, jaką jest jukstapozycja), zastępowałaby metaforę – to zresztą trop, który będzie powracał w dalszych partiach książki. Idąc za ciosem Sosnowskiego, który – z dozwoloną dla awangardowego poety dezynwolturą – proponuje spojrzeć na końcowe wersy Poematu dla dorosłych (o rozum płomienny, / upominamy się codziennie, / upominamy się Partią) jak na frazę z Ziemi jałowej: shantih shantih shantih, Orska również widzi w poezji Ważyka, i to w tej najbardziej spolityzowanej, uznawanej za propagandową, a więc literacko nieciekawą, twórczość z awangardy wyrosłą i z awangardą polemizującą. Większość utworów socrealistycznych Ważyka da się czytać w awangardowych kategoriach, pisze Orska i przystępuje do takiego właśnie czytania, uważając, że czytane w kategoriach narzucanych przez wąską tendencję polityczną tracą swoje znaczenie.
Tu można postawić pytanie, czy „wąska tendencja polityczna” byłaby tylko jednym z determinantów czytania czy może jednak także pisania: Orska skłonna jest widzieć ją raczej w odbiorze tej poezji niż w niej samej. Stąd też, znakomite skądinąd, analizy porównawcze Poematu oraz Strefy i Prozy transsyberyjskiej kolei i jednoczesna nieobecność odwołań do innych przykładów socrealizmu w poezji. W ten sposób czytany Ważyk jest Ważykiem „uratowanym” dla pewnej zapomnianej, czy raczej nienapisanej narracji o wierszu polskim, która uwalnia się z klinczu, jakim było faktyczne zdominowanie sceny poetyckiej przez koncepcje i praktyki związane z linią Miłosza.
Rozdział poświęcony tej linii zarysowuje mapę krytycznych rozpoznań, jakie zdominowały polską krytykę ostatnich dziesięcioleci. Orska znowu wybiera momenty przełomu, kiedy na krytykach ciąży obowiązek nazywania nowych, wyłaniających się poetyk i przewartościowywania dotychczasowych rozpoznań. W centrum jej uwagi znajduje się Jan Błoński z koncepcją dwubiegunowości polskiej poezji oraz Tadeusz Komendant opisujący funkcje, jakie w ostatnich dekadach PRL pełniło hasło autonomii literatury. Choć dzieli ich[A1] wiele, obie perspektywy wiąże zainteresowanie punktami stycznymi pary pojęć przywołanych w podtytule pracy: poetyckości i polityczności. Do tej dwójki Orska dołącza Juliana Kornhausera w roli krytyka, który w latach najbardziej badaczkę interesujących – w okresie przełomu „brulionowego” – uznał Miłosza, a nie np. poetów amerykańskich, za patrona poetyckich przemian. Tym, co interesuje ją najbardziej, jest, jak sama to określa, krytycznoliterackie wartościowanie poetyckiej przestrzeni. Nic dziwnego więc, że w rozdziale niemal brak jest przywołań tekstów poetyckich – jego akcja rozgrywa się bowiem na meta-poziomie dyskursu krytycznoliterackiego, wyznaczającego dominujące wzorce interpretacyjne dla liryki. Tu nawet Miłosz, kiedy się pojawia, to nie jako autor wierszy, ale jako komentator i prawodawca. Nie sposób też oprzeć się wrażeniu, choć Orska nie wyraża tej sugestii wprost, że odwrót poetów Nowej Fali od awangardowej poetyki i ich zwrot ku linii Miłosza został w pewnym sensie sprokurowany przez oddziaływanie – głęboko zakorzenionej w instytucjach kulturalnych obu obiegów – krytycznej praktyki.
Rozważania poświęcone przekładom literackim uważam za jeden z najciekawszych fragmentów książki. Orska podejmuje tu dyskusję nad tzw. plagiatowością polskich przełomów awangardowych, stawiając tezę o niewystarczalności modernistycznego myślenia o literaturze, które przyjmowało niesproblematyzowaną ideę oryginalności za aksjomat, budując wyjątkowo trwałą postać kanonu literackiego. Orska tymczasem wykazuje zależność wszelkich kanonów od porządku władzy i pozaliterackich uwarunkowań. Ale też wiąże dyskusję nad (modernistycznie definiowaną, a tym samym już anachroniczną) oryginalnością z lokalnymi (polskimi) uwarunkowaniami, związanymi z istnieniem tabu nienaruszalności polskiej tradycji, z mitem czystości języka czy z przekonaniem o wyjątkowości polskiego doświadczenia historycznego. Stanowisko takie reprezentował Miłosz, a jego przekonania, wyrażane czasem zadziwiająco dogmatycznym językiem niechęci do nihilistycznej bądź infantylnej literatury Zachodu, przejęli jego spadkobiercy, obrońcy kanonicznego późnomodernistycznego myślenia, którzy nie potrafili zaakceptować znaczenia przekładów poezji amerykańskiej dla zmian w wierszu polskim zainicjowanych w twórczości czterech bohaterów książki Orskiej. Przekład staje się w jej interpretacji nie tylko próbą odświeżenia języka poezji, ale też czymś więcej: wychodząc poza kanon, czy wręcz sprzeciwiając się jego językom artystycznym, pełni rolę wehikułu społecznego oporu.
Pod koniec lat osiemdziesiątych pojawiły się próby pogodzenia tradycji, w której mieścili się Herbert, Miłosz, Barańczak i Zagajewski, z językami nowej poezji, czyli z twórczością Zadury, Sommera czy Świetlickiego. Próby te kryły chęć ubezwłasnowolnienia nowej poezji, zanegowania tego, co stanowi o istocie tej twórczości. Orska omawia ten problem na przykładzie poezji Sommera, pytając, czy i w jakim sensie można go nazwać „poetą obywatelskim”. W fascynujących nierzadko analizach, pokazuje, jak wiersze Sommera, osadzone w kontekście wyznaczonym przez wszechmoc władzy i nieodwracające się od polityczności, pozostają wobec niej suwerenne. Przy czym, twierdzi Orska, jest to suwerenność odmienna od „nowofalowej” – jej rozumowanie wydaje się per saldo przekonujące, choć nie wiem, czy całkiem bym się z nią zgodził, gdy twierdzi, że nowofalową kontestację poetycką przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych charakteryzuje patos i heroiczność. Owszem, nietrudno będzie znaleźć przykłady takich postaw, ale w latach siedemdziesiątych istniał też nurt kontestacji ironicznej, dalekiej od heroicznych póz, jakie naznaczyły na przykład Raport z oblężonego miasta. Na myśl przychodzą mi takie wiersze jak 7.11.79 Barańczaka: nigdy naprawdę nie marzłem, nigdy / nie żarły mnie wszy (...) czasami się zastanawiam, czy w ogóle mam prawo pisać.
Orska ostro przeciwstawia poezję Sommera poezji Nowej Fali, uznając tę pierwszą za przykład twórczości niepoddającej się instytucjonalizacji. Ta instytucjonalna autonomia jest dla badaczki wskaźnikiem jej radykalnego charakteru. Zdeterminowana przez optykę syngularności i osobności poezja Sommera kontestuje bowiem dominujące modele lektury i unieważnia podstawową narrację krytycznoliteracką. Orska pokazuje ten „syngularny” mechanizm Sommerowego wiersza w działaniu, twierdząc, że odrzucenie systemu rozgrywa się u niego w przestrzeni całkowicie sprywatyzowanej. Tak postrzegana poezja jest dla autorki przykładem żywotności idei awangardowych – do pojęcia awangardy Orska wydaje się zresztą szczególnie przywiązana, naznaczając je aksjologicznie i traktując ponadhistorycznie.
Próbując nazwać przełom „brulionowy” (do którego „przełomowości” ma zresztą poważne zastrzeżenia), charakteryzuje go w sposób, którym opisywała również „obywatelskość” poezji Sommera, czym wskazuje na swoiste continuum między pozainstytucjonalną, ironiczną twórczością tego poety a poezją „brulionu”. Stanowisko „brulionu” w toczących się sporach krytycznych można określić negatywnie: jako sprzeciw wobec ideologicznego zawłaszczania poezji. Przy czym nie chodzi tu o strategię Nowej Fali: czyli zastąpienie dominującej ideologii ideologią opozycyjną. Według Orskiej, odrzucenie przez poetów „brulionu” bezpośrednich ideologicznych uwarunkowań było możliwe dzięki osłabieniu referencyjności wiersza (czy też, jak pisze Orska, w wyniku zluzowania filozoficznego czy społecznie zaangażowanego „znaczenia” poezji. Ta emancypacja dokonała się nie tylko na politycznej płaszczyźnie, także w relacji do jednego z wymiarów, jaki od lat wyznaczał swoistość „polskiej szkoły poezji”: wymiaru metafizycznego. Tu Orska wchodzi w ciekawy spór z lekturą Świetlickiego zaproponowaną przez Bonowicza, tropiącego w twórczości poety wątki religijne, które autorka uznaje za „kostium” i „chwyt retoryczny”.
Nie sposób nie zauważyć, że poeci wybrani przez autorkę do analitycznych omówień tworzą już dziś nowy kanon. Orska postanowiła kanonem („awangardowym”) rozprawić się z kanonem („modernistycznym”), przyjmując autorów, co do których znaczenia panuje już dziś niemal jednogłośna zgoda, i to do tego stopnia, że wraz z tą zgodą na „męski kwartet” zgodziła się na optykę charakterystyczną dla krytyki lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, zezwalającą na całkowitą nieobecność głosów poetek. Nie znaczy to, że Orska idzie raz wyznaczonym tropem, w swojej krytyce przygląda się przecież często zjawiskom niszowym i mało rozpoznanym. Ale skoro zaczęła od awangardy Ważyka może nie od rzeczy byłoby zakończyć refleksją nad awangardowym z ducha eksperymentem, jakim była twórczość lingwistów warszawskich? W imię spójności swojej narracji, Orska dokonuje wyborów i pominięć, czym tłumaczę na przykład nieobecność Różewicza w jej rozważaniach. W jej ujęciu, krytyka powojenna to niemal wyłącznie krytyka personalistyczna lub z jej kręgiem związana, Orska pozostawia tu poza obszarem zainteresowań na przykład Sandauera, dokonującego jednak innych wyborów i z innych założeń wychodzącego, a tym samym, podobnie jak Różewicz, problematyzującego niektóre silne tezy jej pracy.
Republika poetów to nie jest, mimo pozorów, beznamiętne, steoretyzowane dzieło, ale praca autorki, której bliskie są opisywane zmiany języków nowej poezji. Jako krytyczka Orska towarzyszyła ich powstawaniu, komentowała książki najważniejszych jej autorów, w Republice poetów zarysowuje kontekst literacki i polityczny, w którym ta poezja się pojawiła, pokazuje jej nowatorski, czy też „awangardowy” charakter. Ta poezja jest już rozpoznana i opisana, Orska sama się do tego rozpoznania przyłożyła i w recenzowanej książce już tego robić nie musiała, ale z sukcesem spróbowała zrobić co innego: zderzyła ją z językami często bezradnej, choć jednocześnie dominującej „krytycznej praktyki” ostatnich dziesięcioleci, szukając odpowiedzi na pytanie, czemu ta krytyka nie była przygotowana na przyjęcie takich poetów, jak Sommer, Zadura, Sosnowski czy Świetlicki.
Jerzy Jarniewicz
[A1]Może lepiej “je”?
Odra 7-8/2013 – Cezary Rosiński
Stać się mężczyzną
Eustachy Rylski: Obok Julii. Wielka Litera, Warszawa 2013, s. 400.
Męskość, męskość i jeszcze raz męskość – to wokół tego zagadnienia kręci się świat w Obok Julii. Niejednoznaczna, niejednorodna, walcząca ze sobą, zakorzeniona gdzieś między relacją a samotnością. Eustachy Rylski napisał studium przejścia od chłopięcości do stanu, w którym wątłość i niedojrzałość nie mają już miejsca; i studium schyłku – w zacietrzewieniu.
Autor prowadzi czytelnika przez życie Janka Ruczaja, który – jako dwudziestolatek – w S., na Ziemiach Odzyskanych, pracuje w bazie samochodowej. To tutaj zaskakuje go powrót Julii Neider, ukochanej nauczycielki języka rosyjskiego. Zanim uda mu się jej pomóc – zabija pierwszego człowieka. Zbrodnię tuszuje kapitan J., ale Janek – wraz z kolegami z klubu Hemingwaya – zostanie na jego usługach. Gdy władza ubeka słabnie, bohater wyjeżdża do Francji, gdzie szoferuje rosyjskiemu gangsterowi. Do kraju wraca na początku lat osiemdziesiątych, świadom, że życie wyceniło go ponad jego wartość.
Uproszczona tutaj z wiadomych względów fabuła komplikuje się w zadziwiający sposób, momentami zupełnie nierealny. Płytkie i dotykające ledwie powierzchni odczytanie powieści Rylskiego sprawia, że traci ona wiarygodność, nieścisłości i brak konsekwencji przesłaniają problemy, które Rylskiego interesują dużo bardziej niż wątek sensacyjny. Redukcja książki do tego elementu to dekapitacja jej największej wartości – głównych bohaterów, ich wzajemnych zależności i motywacji. Tak wiele się tu wszak zmienia: miejsca, środowiska, ludzie, czasy, nawet ustroje polityczne, ta różnorodność odsłania jednak dwa stałe punkty – Janka i Julię. I to oni są najważniejsi.
Obraz Julii, docierający do czytelnika, zostaje uprzednio przefiltrowany przez spojrzenie i emocje głównego bohatera, istnieje więc ona tylko w związku z nim. Poznajemy ją jako reprezentantkę nadchodzącego porządku, jest wszak energiczną, zręczną i piękną wysłanniczką nowego ustroju, zafascynowaną rewolucją i skłonną przelać swój entuzjazm na kolejne pokolenie. Ta „rewolucyjna suka”, jak powie o niej później Janek, rozdarty między fascynacją a poczuciem zdrady, odebrała jemu i jego szkolnym przyjaciołom dzieciństwo, zaraziła ich własną traumą, zasiała kryzys, brak nadziei i obojętność wobec życiowych problemów, bo każda egzystencja prowadzi przecież do grobu. Jej niejednoznaczność przyczynia się do tego, że wywołuje u Ruczaja mieszankę zachwytu i rozczarowania, Julia sprzedawała bowiem śmierć, jej droga wiodła ku końcowi, a przebywanie z nią pozbawiało świat kolorów.
Największą jej ofiarą jest Janek. Młody, a już rozgoryczony otaczającym go światem, obojętny na rachunek życia, bo to w mgnieniu oka przeminie, poznaje reguły, według których działa świat i już wie, że będzie musiał się jakoś na rzeczywistość znieczulać, dlatego pali. Zgłębianie życiowego sensu to dla niego strata czasu, podobnie jak relacje międzyludzkie, dlatego współtowarzyszy niedoli na tym padole beznadziei traktuje jak głupców. Całkowita niezdolność do nawiązania z innymi zażyłości sprawia, że Janek jest dla siebie całym skończonym światem, jego centrum i peryferiami. Życie, którym tak pogardzał, przyczyniło się do tego, że osiągnął to, na co nie zapracował i ominęło go to, co bywa skutkiem zaniedbań, otrzymał korzyści, na jakie nie liczył i zasługi, o jakie nie prosił. Fałszywa skromność, którą ocieka Obok Julii, to wyraz spowiedzi egoisty, czującego nie żal za grzechy, lecz dumę, szukającego poklasku nawet w akcie skruchy.
Jest w Janku wszakże osobliwe poczucie honoru – gdy zobowiązuje się do czegoś, traktuje to jako niepisany kontrakt. Honor, wraz z odwagą, dominacją i siłą, składa się na słownik pojęć prawdziwych mężczyzn – plugawych ludzi z honorem – a Ruczaj, nie zważając na konsekwencje, chce osiągnąć ten status. Musi wreszcie przestać być chłopcem z pięknym zmysłowym ciałem i osiągnąć ten stan, w którym brutalność i pierwotność, proste relacje i twarde zasady konstytuują tożsamość. Jego początkowa delikatność, literackość, a także tchórzostwo są tymi cechami, których przez całe życie stara się pozbyć. Zyskuje wreszcie poklask, wszyscy mu się kłaniają i go szanują, a świat kręci się wokół niego. Życie znów składa u jego stóp niezasłużone prezenty.
By udowodnić własną twardość wobec losu i innych ludzi, męskość musi się nieustannie ścierać, co rusz udowadniać własną wyższość i hartować pancerz ochronny w nieustannych pojedynkach. Żeby stać się mężczyzną, trzeba pokonać mężczyzn. Jakość męskości, jej próba, zależy według Rylskiego zawsze od wyniku spotkania – brutalnego i samczego – z inną męskością. Janek rozgrywa więc szereg batalii: z Wajszczykiem, kapitanem, towarzyszami z klanu Hemingwaya, jugosłowiańskimi gangsterami, wreszcie z samym Kimem Sewastopolem – aby potwierdzić przed sobą i innymi własną wartość, a także słuszność męskich aspiracji i roszczeń, zdobyć wreszcie prawo bycia ponad. Udaje mu się to, zgodnie z trzecią sprawiedliwością, doskonałą proporcją winy i kary, prywatnym głosem moralnym, egoistycznym drogowskazem ku dobru i złu, którego fundamentem jest zemsta i niezwykłe przeświadczenie, że tak właśnie być powinno. Udaje mu się to, ale ceną jest odłączenie od życia w jego zwyczajnym porządku.
Janek Ruczaj staje się zakładnikiem przyjemności, osiągnięcie zmysłowego spełnienia to jedyna reguła, której będzie wierny. Czerpie ją nawet z najmniejszych rzeczy, najwięcej upojenia przynosi mu jednak jego ciało, jest zafascynowany swoim odbiciem, możliwościami, wygodą i bezkarnością. Mimo że jest świadkiem własnych przyjemności, to praprzyczyną, pierwszą motywacją wszelkiego działania jest Julia, a właściwie jego pragnienie dążenia ku niej. Staje się wiec narzędziem zemsty, mścicielem, który wymierza sprawiedliwość oprawcom pięknej nauczycielki i nie ma znaczenia, czy robi to świadomie, czy bezwiednie. Julia była zawsze przy nim i nawet na starość, czterdzieści pięć lat po ich pierwszym spotkaniu, ciągle chodzi o nią. Wszystkie okropności, które popełnił, uczynił dla ukochanej nauczycielki. Mimo że zamienił swoje życie w wendetę, poświęcił siebie, to zależy mu, by kobieta pozostała nieopisana, chce pozostawić ją zdeprawowaną, nikt nie ma prawa jej obrazu oczyścić. Nikt poza nim, bo choć jego sprzeciw jest tak wyraźny, to Julia istnieje tylko dzięki jego opowieści, Janek nie dopuszcza innych – pochodzących z zewnątrz – narracji na jej temat, bo każdy inny zapis mógłby ją przeinaczyć, wykorzystać do własnych potrzeb.
W najnowszej powieści Rylskiego – zupełnie niedzisiejszej – wszystko dzieje się wokół Julii i z jej powodu, nie ma tutaj jednak przyjaciół i życzliwości, jest przejmująca samotność każdego istnienia, bo „obok Julii” może znaczyć „obok każdego człowieka” – zawsze samemu, nigdy z nią, czy z kimkolwiek innym. Pisarz zostawił nam książkę zagmatwaną, napisaną jednocześnie z niezwykłą dbałością o każde zdanie i udawaną obojętnością wobec całości. Rzecz o męskiej nonszalancji napisana zgodnie z jej regułami. I z zawoalowanym pytaniem, po co to wszystko.
Cezary Rosiński
Odra 6/2013 – Mieczysław Orski
POLAK W ITALII
Jan Władysław Woś: Sympozjum w Cassino i inne opowiadania. Wydawnictwo TEST, Lublin 2012, s. 290.
Jan Władysław Woś, historyk specjalizujący się w dziejach Europy Wschodniej, pisarz, profesor zagranicznych uczelni, aktualnie na emeryturze we Włoszech, od lat jest współpracownikiem polskich czasopism (m.in. w „Odrze” zamieszczamy jego recenzje z wystaw, felietony i korespondencje z Italii, a ostatnio wybór z pisanych od 1955 roku Dzienników), ale dopiero od niedawna dał się poznać także jako utalentowany autor opowiadań; ta nowa twórczość wiązała się z jego wolnym czasem emeryta. Ale także – z wieloma przeżyciami i doświadczeniami dającymi wyobrażenie o wirach historii, w jakie został on w swoim życiu wmieszany, czym postanowił podzielić się z innymi.
W opowiadaniach Woś nie ukrywa swojej obecności w zakreślonym w nich światoobrazie, nie tylko jawnie patronując formule i stylowi ich narracji, ale i czyniąc siebie nieraz jedną z postaci fabuł. Czasem jest to jedynie rola aktywnego słuchacza, inspirującego rozmówców pytaniami (jak w Pani Ignacowej, gdzie tytułowa bohaterka, praczka w domu babki bohatera, zwierza się z niezwykłych dziejów swej rodziny zainicjowanych w porewolucyjnej Rosji), często jednak to autor staje w centrum wydarzeń – choć nie w zwyczajnym trybie pamiętnikarskim, ale z intencją przedstawienia i wyjaśnienia niektórych bulwersujących go, a nie tylko ważnych w porządku osobistym spraw. Tytułowe Sympozjum w Cassino odmalowuje pewien epizod z niedawnej przeszłości autora, który – poproszony o wygłoszenie wykładu na temat bitwy pod Monte Cassino – opierając się na motywie przypadkowego spotkania podczas przerwy w sympozjum z pewnym włoskim nastolatkiem, wnika w meandry stosunku stron włoskiej i polskiej do tej bitwy, do historii wojennej i do polskiego patriotyzmu. W opowiadaniu Tajemnica wyjawiona po sześćdziesięciu latach – którego treść rozwija się na kanwie zapamiętanej z dzieciństwa przyjaźni z kolegą z ławy szkolnej, dziś doktorem weterynarii Aleksandrem Osmanem Achmatowiczem – Woś podczas rozmowy z dawnym przyjacielem wraca do wydarzeń, które przed sześćdziesięciu latach odbiły się na życiu jego i jego rodziny, ale które dają też pojęcie o wciąż traumatycznym, obciążającym zbiorowość ludzką spadku epoki zwanej kiedyś eufemistycznie „okresem błędów i wypaczeń”. Kiedy teraz myślę o tym, śmiech mnie bierze – pisze autor, ale niegdyś ten śmiech mógł się zakończyć tragicznie (jak choćby dla małego bohatera z podejmującego podobny temat, a przypomnianego niedawno w wyborze prozy Zyty Oryszyn opowiadania Historia choroby, historia żałoby). Otóż jako wyróżniający się uczeń IV klasy szkoły podstawowej nr 75 w Warszawie chciał on w okresie apogeum totalitarnej władzy w Polsce wyróżnić się talentem i pomysłowością – i kiedy przyszło mu na lekcji rysunków wykonać pracę na temat nadzwyczajnych dokonań i talentów generalissimusa, „z zapałem” narysował Stalina w pełnym rynsztunku wojskowym i z dziesiątkami orderów na piersi uprawiającego jazdę figurową na łyżwach. Skończyło się to inwigilacjami, przesłuchaniami i małego bohatera, i jego rodziny, dochodzeniami, kto krył się za takim ośmieszającym wielkiego przywódcę pomysłem – a w finale sprawy szczęśliwie tylko przeniesieniem chłopca do innej szkoły podstawowej w Ogrodzie Saskim. Tu z kolei niepokornemu uczniowi przypisano zbrodnię oblania atramentem pomnika wodza rewolucji w tymże Ogrodzie; na szczęście jednak wykryto właściwego sprawcę tego zamachu na statuę Stalina.
Wybór nowych opowiadań autora uzupełniają zamieszczone na końcu dwa teksty „poboczne”, mianowicie jego przemówienie wygłoszone 19 lipca 2002 w Londynie z okazji nadania mu tytułu doktora honoris causa przez Polski Uniwersytet na Obczyźnie oraz dołączony – zamiast posłowia – tekst zatytułowany Kilka słów o sobie. Oba napisane rzetelnie, szczerze, ale i żywo, zawierają wiele obserwacji i refleksji wykraczających poza poziom i ramy zwykłego zapisu biograficznego – takich, które mogłyby dostarczyć ciekawego materiału do kolejnych opowiadań, tym razem opisujących dalsze etapy życia i kariery uniwersyteckiej Wosia. Po odbyciu stażu naukowego na kilku uczelniach zagranicznych młody historyk został zachęcony do udziału w konkursie na kierownika katedry Historii Średniowiecznej Europy Wschodniej uniwersytetu w Pizie – i uzyskał tę nominację, co stało się sporym źródłem strapienia wielu przebywających w Italii rodaków autora, którzy nie ustawali w próbach zdyskredytowania swojego konkurenta do stanowisk uczelnianych we Włoszech i później, kiedy przeniósł się on na uniwersytet w Trydencie, (gdzie założył m.in. Stowarzyszenie Kulturalne Włochy-Polska). Od czasu pierwszej nominacji w Pizie z godną podziwu wytrwałością starali się oni szkodzić Wosiowi, torpedując m.in. wszelkie jego projekty zmierzające do zbliżenia kultur włoskiej i polskiej – niestety przy pomocy ówczesnych pracowników PRL-owskich ambasad i ośrodków kulturalnych. Co owocuje gorzką refleksją autora: Jak widać, od czasów naszego znakomitego dziejopisa Długosza nic się pod tym względem nie zmieniło: Polacy jak przed wiekami „z przyrodzenia skłonni są do zawiści i obmowy”. Woś pisze co prawda, że mógł liczyć na wielką pomoc życzliwych mu włoskich przyjaciół – ale też tylko do czasu. Wbrew temu, co można by sądzić, wybór Karola Wojtyły na papieża wcale nie pomógł mu na włoskiej ziemi: jego wykłady o Polsce (cenione przez studentów) raptem zaczęły być źle widziane. Wszelkie propozycje „polskie” były ucinane stwierdzeniem, że wystarczy aż nadto działalność papieża-Polaka (niezbyt zresztą cenionego w środowisku uniwersyteckim). W 1992 roku „nieznani sprawcy” ogołocili gabinet polskiego historyka z materiałów archiwalnych i dokumentów, a na drzwiach wymalowali swastykę. Na moje protesty odpowiadano, że skoro jestem niezadowolony, mogę wrócić do Polski… Uspokoiło się to z chwilą, kiedy Woś postanowił zrezygnować ze swej działalności społecznej, przeszedł na emeryturę i zajął się – z pożytkiem dla (na razie polskich) czytelników – pisaniem opowiadań.
Mieczysław Orski
« poprzednia 1 2 następna »



