Nad ksiązkami
Odra 9/2015 - Radosław Wiśniewski
Dodano: 25.09.2015 13:29Radosław Wiśniewski
NA TROPACH STEDA ALBO CUDNE MANOWCE LEGENDARNOŚCI
(…) Spali na swych wyperfumowanych żeglarskich workach
synkowie a w ciemnym kącie na piętrze
pieprzyły się zdrowo dwa długowłose cienie
obwieszone koralikami udające się na pielgrzymkę
do grobu Stachury Edwarda Napisy w klozecie
zachęcały do wolnej miłości ale co do cholery
co do cholery ze mną kim jestem(…)
(Karol Maliszewski, a co do cholery (lata 80-te))
Nigdy nie było dla mnie do końca jasne, jakimi drogami chadza legendarność postaci takich jak Edward Stachura. Co sprawia, że jeden z wielu debiutujących w konkretnym momencie dziejowym, z czasem obrasta kultem, wykracza w społecznej recepcji poza granice dyskursu krytyczno-literackiego nie tylko w swojej epoce, ale też w kolejnych. Fenomen Stachury polegał na tym, że w żadnej z dziedzin nie osiągnął mistrzostwa. Najbardziej był, jest i zapewne pozostanie znany z piosenek, które w swoim czasie były niemiłosiernie tłuczone przy każdym ognisku w Beskidach, lub na każdym miejskim spotkaniu wspominającym sezon ognisk w Beskidach – zaraz obok Wolnej Grupy Bukowiny i piosenek dużo bardziej muzykalnego i obdarzonego kompozytorskim talentem Wojciecha Bellona. Ale umówmy się, że kto raz usłyszał te nosowe melorecytacje Steda z luźno powiązanym z nimi akompaniamentem gitary, ten zapewne był zaskoczony, jak to w ogóle mogło się stać, że piosenki stały się najbardziej rozpoznawalną, emblematyczną wręcz częścią dziedzictwa Stachury? Przecież w wykonaniu oryginalnym ledwo daje się ich słuchać. Pozostały literacki dorobek autora Całej jaskrawości też nie jest ani ilościowo ani jakościowo wstrząsający.
Zawiera on ze trzy zbiory wierszy, trzy poematy, wspomniane piosenki, może trzy strawne książki prozatorskie, a reszta kompletnie nieznośna i manieryczna. Do tego dziennik pisany tuż przed śmiercią, jakby przez zupełnie kogo innego – wydany pośmiertnie pod tytułem Pogodzić się ze światem – i nieprzebrane masy zapisów listownych, dziennikowych, jeszcze trochę tłumaczeń, w tym przekłady z Jorge Louisa Borgesa (co najmniej problematyczne od strony metodologicznej).
Biografia Edwarda Stachury pod tytułem Buty Ikara pióra Mariana Buchowskiego nie próbuje wyjaśniać przyczyn tej legendarności pisarza, zrodzonej niejako obok literatury; nie objaśnia momentu narodzin kultu, niegdyś silnego, obecnie wysychającego. Nie powinno to dziwić, bo nie taka jest rola biografisty. Zdaje się, że ten legendarny Sted mało wręcz Buchowskiego interesuje; takim Stedem się zajmują inni. Można nawet odnieść wrażenie, że nie bez życzliwości, autor biografii próbuje jednak tę drażniącą skorupę kultu nadkruszyć, pragąc wydobyć żywego, a przez to – ułomnego, niespójnego, nierównego, ale wiarygodnego – człowieka.
Zapewne temu celowi służy achronologiczna konstrukcja opowieści. Narracja Buchowskiego ucieka od linearności (choć zupełnie pozbyć się jej oczywiście nie może), raczej preferuje doświetlanie protagonisty z różnych stron, pod różnymi kątami. Być może milczącym założeniem tej pracy – imponującej przecież, gdy idzie o ilość materiału archiwalnego – były rachuby, że sięgną po nią ci czytelnicy, którzy nawiązali w taki czy inny sposób kontakt z twórczością Stachury. Głównym zadaniem, jakie postawił sobie autor tej biografii, moim zdaniem było nie tyle odtworzenie w najdrobniejszych szczegółach biografii, marszruty podróży pisarza – i okresów jego pobytu w tych wszystkich miejscach, w których bywał: od wsi Kotla koło Głogowa po daleki Meksyk – ile znalezienie przede wszystkim odpowiedzi na pytanie: „kim był i jak był Stachura”. W oczach przyjaciół, żony, kolejnych emanacji jego umiłowanej Gałązki Jabłoni, rodziny, kolegów po piórze, organizatorów życia umysłowego społeczeństwa, ale i w oczach Tajnych Współpracowników UB oraz mniej lub bardziej przypadkowych znajomych, przyjaciół korespondencyjnych. Żeby nie było tak bardzo ciepło i serdecznie – przytaczane są w książce też unikatowe, gdy chodzi o luźną, a czasem wręcz nonszalancką formę, pisane przez Stachurę podania o stypendia, zapomogi, zwroty kosztów podróży, próby (nie było w powszechnym użyciu Internetu, telefonów, komunikatorów, smsów!) układania spotkań autorskich, spraw wydawniczych i publikacji.
Być może jedną z większych zalet książki Mariana Buchowskiego jest przywołanie promieniowania tła, na jakim wyświetla się sylwetka Steda. Cały ten literacki PRL z jego blaskami i cieniami. W pewnym momencie to jest chyba nawet bardziej portret bezpowrotnie minionego świata niż samego pisarza. Z tej strony patrząc, Legenda Bożego Włóczęgi nieco blednie, gdy sobie czytelnik uświadamia, że jej zapleczem były stypendia, zapomogi i ryczałty, honoraria, zaliczki, tantiemy. I że te literackie apanaże dawały możliwość ubogiego (bo mało kto nie żył wówczas ubogo), ale jednak przeżycia, co dzisiaj jest prawie niemożliwe dla większości zajmujących się wyłącznie pisaniem. Z drugiej strony, gdy czyta się listy, w których Stachura rozpacza nad formą wydawania wierszy Borgesa (które upychano po kilka na stronie, aby więcej zmieścić w jednym arkuszu wydawniczym) – pojawia się pytanie, czy rzeczywiście jest za czym łzy wylewać w tej przelotnej nostalgii za PRL. Przecież drukarskie partactwo było tylko częścią ogólnosystemowego partactwa. Teraz jest może mniej barwnie i mniej wódki się pije, ale książki wyglądają bez porównania lepiej.
Z lektury Butów Ikara wyłania się Sted nie tylko rozdarty metafizycznie do granicy obłędu, ale także twardo stąpający po ziemi self-made-man, nieźle organizujący sobie w ramach dostępnych środków życie doczesne, przestrzeń wolności, przestrzeń pisania. Tego mógłby Stedowi niewątpliwie pozazdrościć niejeden dzisiejszy autor. Proszę sobie wyobrazić, że Stachura w czasie drugiego pobytu w Meksyku radził sobie z utrzymaniem… publikując tłumaczenia własnych wierszy w meksykańskiej prasie literackiej. Rzecz nie do pomyślenia dzisiaj, kiedy ogromna większość czasopism literackich publikuje teksty autorów za chwałę i sławę, płacąc za to niewiele lub nic. Trudno ustrzec się jeszcze i takiej refleksji na marginesie lektury, że PRL miał jednak jakąś politykę kulturalną wobec społeczeństwa polskiego i miała ona silny wymiar dydaktyczno-wychowawczy. Była ona w wielu punktach (częściowo sam to pamiętam) obskurancka, żenująca, śmieszna, trudna do przyjęcia, ale wskutek jej istnienia – a wynika to jasno z tych marginalnych artefaktów życia Steda, podań, listów, zapisów – nawet niespecjalnie zajmując się polityką, nie zajmując stanowiska w żadnej z palących politycznych kwestii, nie zapisując się do partii, można było sobie funkcjonować jako literat i boży wędrowiec. Nie sugeruję, że Stachura był w swojej wędrówce nieszczery czy mało wiarygodny; nie, ostatecznie dorobił się tylko malutkiej, dzielonej z żoną (a potem byłą żoną) kawalerki i chyba niewiele więcej zyskał w życiu na miejscu. Mógł żyć nie pracując na żadnym etacie etc. Jednak dodaje to do obrazu Steda Włóczęgi dodatkową barwę. I nie ma ona koloru brązowego metalu.
Marian Buchowski w sporach wokół Stachury zdaje się być sercem zdecydowanie po stronie protoplasty Janka Pradery, Michała Kątnego i Edmunda Szeruckiego, jednak nie zakrywa przed nami spraw i miejsc bolesnych, takich jak na przykład stosunek Stachury do przywoływanej tu i ówdzie personifikacji miłości do kobiety – Gałązki Jabłoni. Albowiem wygląda na to, że z uciech potocznie przypisywanych literatom i artystom – Stachura w zasadzie tylko pił wódkę, dużo i często (choć w tamtych czasach to chyba niespecjalnie go wyróżniało). Raczej dbał o przyjaźnie, nawet jeżeli wykazywał się apodyktycznością – z czasem coraz silniejszą – która temu nie sprzyjała. Grywał w pokera dobrze, albo jak to powiedział jeden z jego bohaterów – trochę za dobrze. Pożyczał często pieniądze, ale zawsze dbał o terminowe ich oddawanie. Unikał rozwiązłości seksualnej, nie uznawał romansów, flirtów ani podrywania, wszelkiej dwuznaczności w tym zakresie. Z drugiej strony, tak z prozy, jak i z biografii wyjawia się obraz człowieka raczej zakochanego w swoim zakochaniu i wzruszonego swoim wzruszeniem, niż istotnie z kimś złączonego. Małżeństwo z Zytą Oryszyn trwało dziesięć lat, a to chyba trudno byłoby wypełnić kochaniem swojego własnego kochania, bo codzienność – także ta pojawiająca się w listach, zapiskach i notatnikach – skutecznie weryfikuje takie stany samozakochania. Niewiele zresztą na ten temat można się z biografii dowiedzieć w związku z tym, że była małżonka Stachury przez wiele lat konsekwentnie odmawiała jakichkolwiek zwierzeń na temat małżeństwa z autorem Całej jaskrawości. I tego milczenia, mimo prób nawiązania kontaktu z poszukiwanymi, biografista konsekwentnie się trzyma, co w jakimś stopniu budzi podziw i szacunek w epoce, w której nawet nie tyle wszystko jest na sprzedaż, ile wszystko jest za darmo, i to w nieograniczonej ilości w internecie. I wreszcie to, co widać wyraźnie na przykładzie przedostatniego związku Stachury, już po rozejściu się z żoną – wszelka miłość w życiu Steda wydaje się wyłącznie projekcją własnych tęsknot i ideałów na jakiś mniej lub bardziej przypadkowy obiekt. W tym ostatnim przypadku, związku z córką znajomych, o wiele młodszą od niego Danutą, chodziło o obiekt kompletnie pozbawiony własnych cech i możliwości obrony, przeciwstawienia się, zaznaczenia swojej odrębności. I to jest jakoś mało budujące, chociaż wzbudza raczej współczucie niż złość. W sporze o to, czy etap życia i twórczości nazywany okresem mistycznym Stachury, czasem Człowieka-Nikt był owocem rozwoju duchowego czy też pierwszym etapem choroby, Buchowski nie zajmuje stanowiska, poprzestając na przedstawieniu biegunowych punktów widzenia, a jednak z sympatii do Steda wydaje się nie brać strony koncepcji redukcjonistycznych. No pewnie, bo wówczas trzeba byłoby przyznać, że Stachurę należało raczej leczyć, a wówczas mielibyśmy jeszcze jednego zdrowego obywatela więcej, w każdym bądź razie obywatela nieodbiegającego od statystycznej reszty. Tyle że nie mielibyśmy Siekierezady, Całej jaskrawości, Fabuli rasy.
Jeżeli czegoś brakuje mi w tej imponującej biograficznej pracy, to być może (ale wcale nie na pewno), refleksji nad tym, jak dokonało się przejście od Steda-człowieka do człowieka-legendy. Czy działo się to jeszcze za życia, czy – jak się wydaje laikowi i po dziś dzień wielbicielowi Siekierezady – po i w bezpośrednim związku z samobójczą śmiercią? Inna sprawa, czy w ogóle da się takie dochodzenie w wiarygodny sposób przeprowadzić? Gdyby się dało, to ów ostatni rozdział biografii zajmujący się schedą po Stedzie powinien być aktualizowany w kolejnych wydaniach, a nie ma co wątpić, że takie nastąpią. Bo jednak wydaje się, że ten projekt literatury jako głosu ekspresji wolnej jednostki to coś, co może być żywotne i dzisiaj i nie tylko dla polskich czytelników. Być może to w ogóle pomysł – realizowany na przykład współcześnie dostępnymi metodami przez takich poetów jak Krzysztof Śliwka, Jacek Podsiadło czy wzmiankowany w motcie Karol Maliszewski, którzy nie powołują się wprost na powinowactwa ze Stachurą, bo jakby nie wypada, ale którzy ewidentnie z tego ducha wyrastają. Może w ogóle jest to pomysł na zaistnienie polskiej literatury w Europie? Może to jest ta opowieść, która znużonemu dobrobytem czytelnikowi wyda się znowu żywotna. Takiego rozdziału, szukającego nawiązań literackich, odwołań, powinowactw – także wydaje się brakować.
Na koniec nie od rzeczy będzie pewna refleksja, która wraca do problemu postawionego na początku. Nie może być inaczej, gdy rzecz idzie o Edwarda Stachurę. Otóż to, że niektóre postaci wraz ze swoją literacko-życiową misją zaczynają żyć niejako poza światem odniesień czysto literaturoznawczych, wchodzą na zupełnie inny poziom i w inny tryb odbioru – może irytować krytyków. A te postaci mogą też wybierać różne drogi (vide przypadek Michała Witkowskiego, który też wybrał życie w zasadzie poza literaturą, tylko trochę inaczej). Przecież jakość tekstów, piosenek, prozy i wierszy Stachury była, delikatnie rzecz ujmując, mocno zróżnicowana literacko, rządziła nimi często rażąca egzaltacja, a słabo ukrywany egotyzm szedł z nią w parze, a jednak wielu znakomitych szamanów języka mogłoby popularności, recepcji i siły rażenia Stedowi zazdrościć. Luźna hipoteza jest taka, że stało się to zupełnie przypadkiem, że w siermiężnym materialnie i mentalnie PRL-u (i pod pewnymi względami nie mniej mentalnie siermiężnej III RP) postać Stachury – jako całość, bez brania w nawias i dzielenia Stachurowego włosa na czworo – wyrażała rodzaj społecznej tęsknoty, może nawet rodzaj antysystemowego buntu i bólu, który gdzie indziej wyrażał się poprzez lewackie rewolty, hippisowskie próby tworzenia anty-społeczeństwa. W polskich warunkach ten bunt zwyczajnie nie umiał się wykluć, nabrać cech ogólnokulturowej przebudowy i objawiał się przypadkiem w kulcie takich postaci jak Sted. I co więcej – ten kulturowy, antymieszczański bunt nadal chyba pozostaje w naszej kulturze niezrealizowanym postulatem. To po pierwsze. A po drugie – jest w historii Steda coś z podejrzenia, że w całej literaturze, nie tylko i nie o samą literaturę chodzi, ale o coś znacznie większego. Nie dystynkcja stylu, elegancja frazy, a w każdym razie nie tylko ona powoduje, że pisarz wyraża coś ważnego i istotnego i stoi za nim chociażby w części siła egzystencjalnego przeżycia, a nie jedynie intelektualnego i filologicznego przeżucia. To rzeczywiście może drażnić, szczególnie dzisiaj, szczególnie wielu młodych i starszych, nieźle filologicznie obytych adeptów pióra, którzy w życiu nie oczyścili z kory pnia sosny, nie napalili własnoręcznie w piecu, nie umyli się w zimnej wodzie prosto ze studni. I dobrze im tak! Niech cierpią. A Sted niech żyje.
Radosław Wiśniewski
Marian Buchowski: Buty Ikara. Biografia Edwarda Stachury, Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 2015, s. 600.



