Felieton
ODRA 2/2016 - Jacek Łukasiewicz
Dodano: 18.02.2016 12:57Notatki literackie
Nad Odrą
Zdala od Wrocławia, w Święta Bożego Narodzenia 2015, gdy stacje telewizyjne pełne są batalii o Trybunał Konstytucyjny, wysłuchawszy dyskusji w Senacie, gdzie minister Ziobro odpowiadał na pytania senatorów na zasadzie zabawy w „głuchy telefon”, a w przerwach między pospiesznymi głosowaniami pani premier Szydło wraz z ministrami ubierała nam choinkę, w domu nad strumieniem Saselbek spoglądałem na inną choinkę – rodzinną i przeglądałem zgromadzone tu dawne roczniki „Odry”.
Czytam je tak, jak czyta się interesujace czasopisma sprzed lat, a jednocześnie – co oczywiste – czytam inaczej, bo odsłaniają się kolejne karty mojej pamięci. Jest wielu znajomych, którzy już nie żyją, i młodych, którzy dzisiaj są starzy; siebie też spotykam młodego wśród nich, a spotkania te nie zawsze są przyjemne. Wiem, nie mogę być „obiektywnym czytelnikiem”. Cóż jednak byłaby warta całkiem obiektywna, nieangażująca uczuciowo moja lektura tego pisma?
Postulowałem kiedyś w Notatkach literackich, by ktoś się podjął napisania monografii „Odry”. Najlepiej na stopień akademicki. Teraz ten postulat powtarzam. Żyją jeszcze świadkowie, dawni redaktorzy, choć ich jest już niewielu, a przyjdzie taki czas, że ich nie będzie wcale. Są też archiwa, z których można korzystać, jak skorzystano, pisząc o „Odrze” z materiałów w IPN.
Mnie wątki nieraz gubią się i rwą, choć sama chronologia już wprowadza porządek – historyczny. Za kolejnych redaktorów naczelnych, Tadeusza Lutogniewskiego, Klemensa Krzyżagórskiego, Zbigniewa Kubikowskiego, Waldemara Kotowicza, Ignacego Rutkiewicza (wszyscy oni nie żyją) i Mieczysława Orskiego – zmieniała się szata graficzna, zmieniał się skład redakcji, nigdy jednak radykalnie, zawsze była to w dużym stopniu kontynuacja. Jakieś nitki były przeciągane, powtarzały się jakieś wzory – kolorowe w tej czarnobiałej „Odrze”.
W „Odrze” zawsze „wypadało” drukować na wszystkich kolejnych etapach PRL – to wielka zasługa redakcji. Natomiast w pewnych okresach „Odra” była uważana we Wrocławiu za bastion starych broniony przed młodymi, którzy chcieli ten bastion zdobyć w całości dla siebie i programowo odrzucali współpracę. W Polsce Ludowej trudno było o pozwolenie na nowy „tytuł”.
Czytając stare roczniki pisma, cofam się w dawne konflikty i zależności, tak wrocławskie jak i ogólnopolskie. Przyszły monografista nie może ich zignorować, ale też nie mogą mu one przesłonić tego, co ważniejsze, co pozostało na łamach miesięcznika i zachowało wartość nie tylko świadectwa o działaniach cenzury i serwitutach, ale wartość oryginalnych myśli i artyzmu. „Odra” wpierw pomyślana przez politycznych decydentów jako czasopismo regionalne, poświęcone głównie tematyce Ziem Zachodnich, szybko, bo już od połowy lat sześćdziesiątych wybiła się na ogólnopolskość.
Pierwotnie główny temat jednak nie zanikał i materiały z nim związane domagają się analizy z dzisiejszej perspektywy. Przede wszystkim kontynuowano wątek niemiecki. O polityce Niemiec wiele i rozmaicie w „Odrze” pisano. Często były to polityczne serwituty, ale nie tylko, także wartościowe analizy. Warto na ten wątek, obecny przecież we wszystkich rocznikach „Odry”, spojrzeć historycznie i krytycznie, ze znajomością rzeczy. Łączy się z tym oczywiście temat polonizacji, czy – jak mawiano – repolonizacji tych ziem. Prawda i zafałszowania świadomości, powstające mity, przede wszystkim mit pioniera. A także budowa i przebudowa Wrocławia, jego dzielnic, instytucji kulturalnych. I sama tytułowa rzeka, jej znaczenie ekonomiczne, polityczne i kulturowe. Integracja społeczna i pamięć o kresach, o wywózkach, rzeziach z lat wojny, których długo nie można było publicznie wspominać. Wszystko to można znaleźć w pierwszej części numeru, ale także w jego części środkowej i kończących numery, nabierających z latami znaczenia, „Sygnałach”. Kolejność publikacji w ramach zeszytu zawsze miała dla redaktorów duże znaczenie. Ledwie parę razy się zdarzyło na przykład, aby otwierano numer wierszem.
Były w „Odrze” okresy dominacji reportażu (za czasów Krzyżagórskiego i Kubikowskiego), angażowano w tym celu ogólnokrajowe „najlepsze pióra”, z reportażem wiązała się proza wspomnienieniowa, dokumentarna i zarazem literacka, z opowieścią Moczarskiego na czele. Materiały z „Odry” stanowią chyba reprezentatywną próbkę poetyk i roli takich dokumentów, ich funkcji informacyjnych, perswazyjnych, ideologicznych, przemycania niecenzuralnych tematów itp. Obecnie dominującą jest forma wywiadu. Rozdział poświęcony gatunkom i funkcjom literackiego dokumentu powinien być kompetentny i wnikliwy, w miarę możności bez specjalistycznej terminologii.
Nie te jednak tematy wyznaczały i wyznaczają „główną perspektywę”, stanowią o poziomie lektury „Odry”. Ale historia, filozofia i poezja, czy w ogóle sztuka. Rzeczywistą historię poznajemy poza czy ponad efekciarską publicystyką. I wcale nie musi to być historia najnowsza. Jakże chętnie dziś czyta się w dawnych rocznikach teksty Władysława Czaplińskiego czy Henryka Wereszyckiego. Sztuk plastycznych zawsze było w „Odrze” dużo, także dbano o dział teatralny. (Jakźe znakomite bywały recenzje Józefa Kelery. Dzisiaj brakuje mi takich regularnych fachowych recenzji z wrocławskich przedstawień). Poezja kwitła. W niektórych latach jeden poeta otrzymywał w numerze nawet cztery strony pisma. Filozofia też się pojawiała – dawniejsza i nowsza – Wittgensteina, Rorty’ego.
W ciągu z górą pół wieku zmieniały sie style sztuki i style odbioru. Lekturze dziś towarzyszą pamięć i wyobraźnia. Cóż bowiem mówią czarno–białe reprodukcje obrazów Brzozowskiego, Hałasa czy innych abstrakcjonistów. Potem przyszła „Galeria pod Moną Lizą”, Ludwiński, Trienale rysunku i wiele kolejnych plastycznych zjawisk. Jest w tym ciągłość, ważna, choć bywało, że ziarna okazywały się plewami, a plewy ziarnem. Na tym jednak polega ryzyko krytyka,
Równie mocno to widać w poezji. Wiersze czytam w tych dawnych numerach z ciekawością i zadziwieniem. Gusty się zmieniają – powszechne i własne (moje). Włos się nieraz jeży przy lekturze metafor: „puszczam senne chomiki głodu / na pastwisko posiłku” (nr 3 / 1971). Potem te nażarte zwierzątka wracają w „zakamarki” żołądka autorki i tam „oblizują spracowane pyszczki”. Albo serdeczne: „drzewo życia / czułe na podmuch / wypuszcza zwierzostan” (nr 9 / 1972). Czasem te zawiłości maskują, ale i potrosze wyrażają problemy autora. Kuszą do wspomnień o zapominanych umarłych, ale i o żyjących. Ale oczywiście z wierszy publikowanych w „Odrze” można by też ułożyć piękną, reprezentatywną antologię po prostu wybitnej poezji. Taka propozycja mogłaby zostać rozwinięta w odpowiednim rozdziale przyszłej monografii.
I krytyka. Dział recenzji książek nie tylko literackich stale jest w piśmie obecny. Sam go przez trzy lata prowadziłem i teraz, czytając dawne „Odry” widzę, że nie mam czym się chlubić. Majstersztykiem redaktorskim są natomiast recenzje, przede wszystkim polemiczne opublikowane w majowym numerze z 1971 roku. Recenzje jednak przybierają postać artykułów i przenoszą się do środkowej części numeru. Trzeba by więc pisać o całości, ale tu trudność, bo recenzje w „Odrze” dotyczyły książek z różnych dziedzin. Nie była to tylko krytyka literacka. Monografista musi wybierać. Jak sobie poradzi?
Nad strugą o nazwie Saselbek czytam stare numery „Odry”, z którą jestem autorsko związany od jej początku, a więc przez 5/8 mojego dotychczasowego życia. Znam jej koleje; zmiany redaktorów dokonywane według rozeznań Komitetu Wojewódzkiego PZPR oraz instruktorów w odpowiednich władz politycznych wyższego szczebla w KC. Lutogniewski odszedł w ramach czystek dokonywanych przed marcem 1968, Krzyżagórski po zmianie polityki kulturalnej, gdy nastał Gierek. Kubikowski, za którego rządów „grupę Odry” SB uważałó – jak wynika z wytworzonych przez tę instytucje dokumentów – za inspiratora akcji opozycyjnych w środowisku literackim, został zdjędty ze stanowiska w roku 1976. Batalista płk. Waldemar Kotowicz przestał być naczelnym z nastaniem stanu wojennego. Ignacy Rutkiewicz chlubnie przeprowadził miesięcznik przez niełatwe lata osiemdziesiąte, aż przez premiera Mazowieckiego został powołany na szefa Polskiej Agencji Prasowej. Redaktorem naczelnym został wtedy Mieczysław Orski i jest nim do dnia dzisiejszego. Nie znaczy to, że w ciągu dwudziestu pieciu lat jego rządów nie zachodziły zmiany. Ale szczegółowszą periodyzacja zajmiesz sie ty, przyszły monografisto. W grudniu 2004 roku (dla mnie to data ważna) zacząłem drukować w „Odrze” moje Notatki literackie, przed paru miesiącami ich liczba przekroczyła setkę. Cóż to jest wobec Z poczekalni Urszuli Kozioł, ale jednak.
Piję więc dobrym „Sektem” noworoczny toast za pomyślność „Odry”, za pamięć o odeszłych, za zdrowie obecnych i powodzenie przyszłych jej czytelników, współpracowników, redaktorów, mecenasów. Za dalsze długie lata tego czasopisma (do stu lat mu jeszcze daleko). I za przyszłe dwusetne Notatki też piję, bo jak już to już!



