Literatura
Odra 12/2013 - Jacek Łukasiewicz
Dodano: 17.12.2013 12:23Jacek Łukasiewicz
KONIEC ROBRA
Poznałem Tadeusza Mazowieckiego w czerwcu 1953 roku na obozie w Pilichowicach. Drukowałem wtedy wiersze w magazynie „W Młodych Oczach”, dodatku do „Słowa Powszechnego”. Zostałem na ten obóz zaproszony razem ze Staszkiem Grochowiakiem.
Mazowiecki miał wykład o Ziemiach Odzyskanych. W rozmowie podkreślił, że nie akcentuje w nim praw historycznych, bo te są wątpliwe, tylko kładzie nacisk na uzyskanie tych ziem jako rekompensaty. Wtedy też mnie i Staszkowi wspomniał o możliwości pracy w redakcji tworzonego we Wrocławiu nowego, katolickiego tygodnika „WTK”, którego miał być redaktorem. Po kilku tygodniach odwiedziliśmy obaj naszego przyszłego szefa w jego mieszkaniu w Otwocku. To było w drewnianym domu, w środku lata. Szło się wysoko po drewnianych schodach. Tu mieszkał sam po śmierci żony, która zmarła na gruźlicę. Ciężko jej śmierć przeżywał. Wtedy zostaliśmy zaangażowani do pisma, mieliśmy redagować dział kulturalny. Liczyliśmy po dziewiętnaście lat, Mazowiecki miał 25. Sekretarz redakcji, Ignacy Rutkiewicz, późniejszy naczelny redaktor „Odry” w ciężkich latach osiemdziesiątych, aż do chwili gdy premier Mazowiecki wziął go od nas na szefa Polskiej Agencji Prasowej, też był dwudziestoparolatkiem. Obok Mazowieckiego był jeszcze wtedy drugi naczelny, bardziej znany i poważniejszy wiekiem, zasłużony eseista dr Aleksander Rogalski, który dojeżdżał z Poznania; czynił to jednak rzadko, a potem zrezygnował.
Był to trudny czas polityczny: internowanie Prymasa, proces biskupa Kaczmarka, nasilona brutalna kolektywizacja rolnictwa, przejściowe, jak się okazało, zaostrzenie kursu po śmierci Stalina. Kuria wrocławska rządzona była przez wikariusza generalnego księdza Kazimierza Lagosza, bardzo uległego wobec władzy. Cenzura kościelna skupiała się tedy na dziale kulturalnym. A cenzura świecka cięła bezlitośnie, co się dało. Kiedyś, chyba na Wszystkich Świętych, zaingerowała w tekst Ewangelii: w perykopie z ośmiorgiem błogosławieństw nie pozwoliła na określenie błogosławieni ubodzy duchem – miało być tylko „ubodzy”. Numer ukazał się więc bez perykopy (opuszczeń, przypomnijmy, aż do roku 1981 nie było wolno zaznaczać).
Czy Tadeusz Mazowiecki nie popełniał w tamtych miesiącach błędów? Pewnie były ze dwa, trzy teksty, których nie powinien był napisać ani podpisać. Kolportowano je później w 1990 roku w czasie jego kampanii prezydenckiej, którą przegrał; przypominano co jakiś czas, także teraz obrzucając go błotem – po jego śmierci. Ale nie piszę tu o „Wrocławskim Tygodniku Katolickim” ani o PAX-ie. Naczelny był powolny, zastanawiał się, rozmawiał, ale gdy zdecydował o czymś, decyzje egzekwował konsekwentnie. Lubił długie zebrania, także wieczorne, ciągnące się do późna. Kiedy dziś, po jego śmierci, czytam wspomnienia ministrów jego rządu, to pewne cechy premiera wydają mi się znajome. Tylko że w 1953 chodziło nie o to, co robić z pegeerami albo z inflacją albo z ruskimi doradcami, lecz o to, co dać na rozkładówkę, albo o druk jakiegoś felietonu. Naczelny lubił pracować w skupieniu i ciszy, o co w tamtej redakcji nie było łatwo. Dlatego drzwi do pokoju, w którym urzędowali z Ignacym Rutkiewiczem, obito wojłokiem i dermą, zainstalowano też brzęczyk, którym naczelny komunikował się z sekretarką Ewą Proć, urzędującą przy biurku, stojącym w naszym wielkim pokoju redakcyjnym przy drzwiach do jego gabinetu.
Ewa została potem jego drugą żoną i matką trzech synów. Wtedy dzieliła pokój na Grabiszynku z Lucyną, przyszłą żoną Władysława Terleckiego, który doszlusował do naszego działu kulturalnego i z moją przyszłą żoną Teresą. Naczelnym „WTK” był Mazowiecki akurat przez dwa lata, do sierpnia 1955, gdy w ciepłą letnia noc św. Zuzanny razem z całą tzw. „frondą” niezadowolonych z posunięć Bolesława Piaseckiego rozstał się z PAX-em. Z Wrocławia wraz z nim rozstali się wtedy z tą instytucją Ignacy Rutkiewicz i Stefan Bakinowski. Z „frondystami” – a Mazowiecki był ich milcząco uznawanym przywódcą – utrzymywałem kontakt, bardzo dla mnie ważny.
Mazowiecki się zmieniał, ja także dorosłem. Wydarzenia wtedy następowały szybko, jedno po drugim. Zaczęła się odwilż. Pamiętam rozmowę z nim po rewelacjach Chruszczowa i śmierci Bieruta. Mam też długi list od niego, bardzo polityczny, napisany na parę tygodni przed październikowym plenum. Z jego głosem się liczyłem coraz bardziej, choć przecież już to nie była żadna formalna zależność. Od pierwszego numeru „Więzi” w 1958 roku, gdzie wydrukowałem artykuł o Parnickim, te kontakty stały się ściślejsze. Na pewno dużo Mazowieckiemu i zespołowi „Więzi” zawdzięczam, „więziowemu” personalizmowi, „więziowym” dyskusjom na zebraniach współpracowników i samym wizytom w redakcji. Byli tam Wojtek Wieczorek, Julian Eska, Zdzisław Szpakowski (dawny przyjaciel Tadeusza, odwiedzający go też jeszcze we Wrocławiu), Jacek Wejroch i dwaj moi przyjaciele także z Wrocławia – Janek Turnau i Andrzej Szmidt. Na pewno Tadeusz Mazowiecki wpływał mocno na moje (lewicowe) przekonania i na moje chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo się utrwaliło, lewicowość jakby rozpłynęła, choć pewne idee pozostały.
Był wierzącym, praktykującym, niekoniunkturalnym katolikiem, a jego poglądy społeczne wpierw socjalistyczne, potem ewoluowały. Zresztą tego nauczył nas PAX, i to sobie cenię, jako jedną z prostych i słusznych zasad, że ekonomia polityczna nie przekłada się ani na ontologię, ani na teologię, a ontologia i teologia na ekonomię. Cechy męża stanu, które miał zapewne od dziecka, rozwijały się w nim powoli; kształtował je z rozwagą, po PAX-owskim okresie ostrożnie. Kiedy jednak sięgam w moją pamięć – to przypominają mi się tylko krótkie powiedzenia, jakieś oderwane sytuacje… Jak ta rozmowa na przykład, gdy w 1962 roku przyjechał do Wrocławia. Był „znakowskim” posłem z tego okręgu, i zatelefonował do mnie. „Autorze, mówi twój wydawca, za godzinę muszę mieć tytuł twojej książki”. A pamiętam to dlatego, że pospiesznie wymyśliłem króciutki tekst, który rzeczywiście przez kilkanaście lat był najbardziej znany ze wszystkiego, co kiedykolwiek napisałem, a był to tytuł: Szmaciarze i bohaterowie. Wyszedł ten krytycznoliteracki debiut w 1963 w Bibliotece „Więzi” jako jej tom siódmy. Następna moja książka Zagłoba w piekle ukazała się tam jako tom piętnasty. Potem nastąpiła długa przerwa i trzecia książka, Ruchome cele, została wydała tam została w roku 2003 jako tom 154. Kiedyś Mazowiecki zmienił mi tytuł artykułu Ideolog i pisarz na Doktryner i pisarz – i wyjaśniał, dlaczego tak trzeba.
Chyba pod koniec lat sześćdziesiątych odprowadzaliśmy z Tadeuszem naszych synów, dwóch Wojtków, jadących na kolonię, a potem poszliśmy na lody, bo było bardzo upalnie. I rok 1968.Protest posłów „Znaku”, posiedzenie sejmu z przemówieniem Zawieyskiego. Słuchałem tego „na żywo” i całkiem przypadkiem w gmachu Radia na Myśliwieckiej. Potem przyszedłem do „Więzi” i rozmawialiśmy w minorowych nastrojach. I taka sytuacja, gdy Tadeusz pokazał mi wielką dziurę w kuchennej ścianie w swoim nowym mieszkaniu. To znajomy jego inżynier wypruł z tej ściany urządzenie podsłuchowe… Taka instalacja była w całym pionie, ale Tadeusz nie pozwalał przychodzącym monterom tego ruszać, a więc w całym pionie była nieczynna – opowiadał mi o tym z satysfakcją. Dopiero potem przyszła rewolucja informatyczna i miniaturyzacja. I taka rozmowa z Mazowieckim, chyba na Kongresie Kultury w grudniu 1981, gdy powiedział, że jemu, wtedy naczelnemu redaktorowi tygodnika „Solidarność”, zaproponowano rozmowę telewizyjną z Jerzym Urbanem. „Postawiłem, mówił, dwa warunki, pierwszy, że będzie ona na żywo i drugi, że będziemy mówili osobno: Urban i ja, żeby nas razem nie kojarzono”. Zaraz potem ogłoszono stan wojenny, Urban w telewizorze kłamał i kpił z naszych sumień. (Karykaturowano go jako dupę z wielkimi uszami).
Rozeszła się pogłoska, że Mazowiecki nie żyje, że został zabity. Napisałem tren na jego śmierć, ale Mazowiecki na szczęście żył, a ja ten wiersz zgubiłem. Potem, w latach osiemdziesiątych i dalszych, gdy Tadeusz Mazowiecki był czynnym mężem stanu, osobiście spotkałem go parę razy zaledwie, na krótko; raz to było w PEN Clubie. I tylko widywałem go w telewizorze: przy Okrągłym Stole, i powtarzaną teraz setki razy scenę, gdy wygłaszał swoje exposé w Sejmie zostawszy premierem. Słyszałem jego głos, zawsze, chyba jeszcze od referatu w Pilichowicach taki sam; i widziałem jego wzrok, gdy jedno oko umykało mu ku górze, jakby swoim zwyczajem konsultował się z nadprzyrodzonym.
*
Nie są to w tym miesiącu moje tradycyjne „literackie” notatki – ani filmowe, choć tak się złożyło, że prawie równocześnie z wiadomością o odejściu Tadeusza Mazowieckiego obejrzałem film Andrzeja Wajdy Wałęsa... W dużej sali było nas ośmioro widzów; potem w trakcie filmu doszło jeszcze dwoje. Film niezły, ciekawy, rola Więckiewicza świetna, chwilami na granicy karykatury, ale niezacierająca dziejowego patosu Sierpnia. Równie dobra Agnieszka Grochowska grająca Danutę Wałęsową. Ale to nie mógł być film psychologiczny ani polityczny – pozostał bardzo dobry filmowy plakat z tą parą. A wplecione liczne sceny dokumentalne, w większości nieme, także tworzą plakat, odmienny od pierwszego, także profesjonalnie zrobiony. Siedzący na sali, wszyscy dobrze po pięćdziesiątce, potrafili sobie dopowiedzieć co trzeba do tych dwóch plakatów, rozpoznawali twarze uczestników: Geremka, Lisa, Walentynowicz i innych. Do zebrań w zakładach pracy, masówek wyrażających poparcie dla Solidarności dokładali z pewnością własne bogate wspomnienia. U młodszych film ten już mało co uruchomia albo uruchomia fałszywie…
I te dwa wydarzenia: pogrzeb Mazowieckiego i film starego Wajdy Wałęsa człowiek z nadziei – uświadomiły mi koniec epoki. Następuje, musi nastąpić nowe otwarcie – to nowi z pokolenia wnuków podejmą rozdawane karty. I po swojemu ocenią, które z nich są prawdziwe, a które fałszywe.
Jacek Łukasiewicz



